Wśród barwnych krajobrazów Polski, gdzie wiosną sady toną w bieli i różu kwitnących jabłoni oraz wiśni, kryje się znacznie więcej niż tylko piękno natury. Za każdym równym rzędem drzew stoją historie rodzin, które od pokoleń żyją w rytmie wyznaczanym przez ziemię, pogodę i zmieniające się pory roku. To opowieść o ludziach, dla których sadownictwo nie jest jedynie pracą, lecz częścią ich tożsamości, dziedzictwem przekazywanym z ojca na syna, z matki na córkę.
W tej gałęzi gospodarki natura nie uznaje kompromisów. To ona dyktuje warunki, wystawiając sadowników na próbę suszy, przymrozków i kaprysów pogody. Sukces nie przychodzi tu łatwo, tylko rodzi się z ciężkiej pracy, cierpliwości i determinacji, która pozwala każdego roku zaczynać od nowa. Polski krajobraz sadów to więc nie tylko widok dojrzewających owoców, ale także symbol wytrwałości ludzi od lat związanych z ziemią.
Historia lokalna
Na początku XX. wieku w Józefowie nad Wisłą znajdował się jeden z największych sadów w Europie. Pierwsze informacje o jego istnieniu pochodzą z 1902 roku. Założony na obszarze 360 morgów przez Konstantyna Przewłockiego, kilka lat później trafił w posiadanie hrabiego Romana Rostworowskiego. Był to artysta i człowiek szerokich horyzontów, który postanowił powiększyć i unowocześnić sad. Zatrudnił w tym celu Jana Śliwę, powierzając mu założenie szkółki owocowej. Sadownik znał się na rzeczy. Wkrótce po owoce z józefowskiego sadu przypływały barki, które zabierały je do Warszawy i dalej. Po jabłka hrabiego przyjeżdżali kupcy ze Śląska, a gruszki eksportowano do Szwecji. Również Hindusi, którzy wielokrotnie odwiedzali hrabiego w jego pałacu, zajadali się owocami z miejscowego sadu. Przed II wojną światową zaczęto organizować targi, podczas których ludzie kupowali sadzonki drzewek owocowych, hodowanych u hrabiego. Wielką popularnością cieszyły się takie odmiany jabłoni jak Kronselska, Szara Reneta, Zorza, Żeleźniak, Antonówka i Koksa. Również drzewka eksportowano statkami na całą Europę.

W latach 60 XX wieku sad został upaństwowiony i od tej pory działał jako Państwowe Gospodarstwo Rolne – Zakład Ogrodniczy w Józefowie nad Wisłą. W dalszym ciągu zarządzał nim Jan Śliwa. Był to czas największego rozkwitu działalności sadu. Uprawy zajmowały 100 hektarów, a zakład zatrudniał setki ludzi. Nazywano go wzorcowym sadem, pełnym innowacyjności i nowoczesnych rozwiązań. Przyjeżdżali tu nawet profesorowie ze Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego, by uczyć się sadownictwa od Pana Śliwy.
Nasuwa się pytanie, jak w dzisiejszych czasach zostać sadownikiem? Dla kogoś, kto nie miał nic wspólnego z sadownictwem, może to nie być takie proste. Konieczne jest zdobycie wiedzy rolniczej i doświadczenia. Przede wszystkim jednak, trzeba dysponować odpowiednio żyzną ziemią oraz odpowiednio zainwestować w sadzonki i infrastrukturę. Kluczowe jest określenie strategii produkcji, ochrony drzew oraz umiejętność doboru odmian. Szacuje się, że założenie hektara sadu jabłoniowego to koszt około 150 tys. złotych (odmiany, konstrukcje sadownicze, system nawadniania). Warto również ubiegać się o uzyskanie statusu rolnika, co pozwoli na ubieganie się o różnego rodzaju dotacje, min. na rozpoczęcie działalności w tym zakresie. W tym miejscu należy dodać, że na pierwsze owoce będzie trzeba trochę poczekać. Zazwyczaj można je zbierać po ok. 2–4 latach od posadzenia. Czas ten zależy od gatunku, odmiany i podkładki.
Z pokolenia na pokolenie
Nieco inaczej wygląda sytuacja osób, które dorastały w rodzinach o sadowniczych tradycjach. Bardzo często zdarzało się, że sad założony przez dziadków, trafiał w ręce rodziców, a potem ich dzieci. Tak było w przypadku Kamili Dziwisz:
“Sad w naszym gospodarstwie założył mój dziadek. Było to w latach sześćdziesiątych, chociaż kilka drzew zostało posadzonych jeszcze przez pradziadka w latach czterdziestych. Początkowo nasze gospodarstwo nie było typowo sadownicze. Dopiero mój tata sukcesywnie zmieniał plantacje zbóż i tytoniu na jabłonie, grusze i wiśnie”.
Pani Kamila jest magistrem administracji. Decyzja o powrocie na wieś i przejęciu sadu była jej wyborem. Na pytanie, jak zmieniło się jej gospodarstwo na przestrzeni lat odpowiada, że obszarowo nie zmieniło się nic. W dalszym ciągu, na odziedziczonym arale zajmuje się uprawą jabłoni, gruszy, wiśni i malin. To, co uległo zmianie to to, że większość owoców sprzedawanych jest jako owoce przeznaczone do przemysłu, a nie owoce deserowe. Przybyło też wiele maszyn, które usprawniły pracę.

Podobnie było u Agaty Kozieł, która sadownictwem zajęła się po śmierci swojego taty. Choć już w dzieciństwie obserwowała pracę rodziców i pomagała w zbieraniu owoców, przejęcie sadu było nieplanowane i wiązało się z przeorganizowaniem życia prywatnego. Zapytana o początki rodzinnego sadu wspomina:
“Wszystko zaczęło się od mojego taty, który założył sad na ziemi odziedziczonej po swoich rodzicach. Razem z mamą rozwijali gospodarstwo, zwiększali areał, zmieniali uprawy i odmiany. Kupili nowe maszyny rolnicze i wybudowali kolejne budynki – przechowalnie owoców i pomieszczenie gospodarcze na sprzęt potrzebny przy uprawach. W kolejnych latach rodzice zrezygnowali z uprawy warzyw, skupiając się na wiśniach i jabłkach. Założyli system nawadniający i ochronę przeciwmrozową. W takim stanie przejęłam gospodarstwo i teraz je prowadzę”.
Tak wspomina początki rodzinnej tradycji Maria Kulig, z wykształcenia magister public relations:
“Sad rósł za domem i był miejscem dziecięcych zabaw. Pierwszy sad miała moja babcia Halina. Później sad jabłoniowy założył mój tata, a ja wspólnie z mężem kontynuujemy to dzieło. Można powiedzieć, że sad jest już w rodzinie od pięćdziesięciu lat. Towarzyszą temu nieustanne zmiany – od nasadzeń po modernizację parku maszynowego. Niestety, nie zawsze są to dobre zmiany. Zmienił się bowiem smak jabłek jak i satysfakcja z pracy”.
Maciej Cybulak ukończył ogrodnictwo i ochronę roślin oraz kontrolę fitosanitarną na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie. Po studiach przejął część gospodarstwa, pozyskał dofinansowanie dla młodego rolnika i zajął się kontynuacją rozwijania rodzinnego biznesu. Rolnictwem zajmowali się jego pradziadek, dziadek i w końcu tata. Ich gospodarstwo w tamtym czasie miało 5,5 ha i składało się z sadu, zboża, ziemniaków oraz hodowli krów, świń i kur. Na przełomie lat 80. ojciec zaczął zakładać nowe sady, kupił ciągnik i nowoczesne maszyny. Wybudował chłodnię i budynki gospodarcze. Obecnie gospodarstwo prowadzone przez Pana Macieja i jego rodziców zajmuje stałą od kilku lat powierzchnię 13,5 ha i skupia się na uprawie jabłoni, śliw i gruszy.

Agnieszka i Robert Kancik to małżeństwo sadowników. On – sadownik z tradycjami, ona – sadowniczka z wyboru, historyczka z wykształcenia. Tradycja sadu, który prowadzą, sięga kilku pokoleń wstecz. Od początku był to sad jabłoniowy, w którym uprawiano Antonówkę – odmianę długowieczną, odporną na choroby i szkodniki. Jego dziadek eksperymentował z genetyczną modyfikacją wegetatywną drzewek, szczepiąc na danym drzewku zrazy innej odmiany, by polepszyć walory smakowo-jakościowe. Następnie sad przejął ojciec, który powiększał areał, asortyment odmianowy i park maszynowy.
“Decyzja o zajmowaniu się sadownictwem była naturalna. Skoro robił to dziadek, potem tata, będę robił i ja. Nasze gospodarstwo zmieniało się na przestrzeni lat. Wybudowaliśmy przechowalnię owoców z komorą chłodniczą, pozwalającą na rozłożenie sprzedaży w czasie z zachowaniem poprawnych cech konsumpcyjnych. Kolejnym krokiem było zagęszczenie drzew na ha, poprzez zmniejszenie rozstawów w rzędach i między drzewami. Dużym usprawnieniem prac był zakup ciągnika wyposażonego w kompatybilny opryskiwacz sadowniczy z elektrozaworami”.
Trudy sadowniczej codzienności
Praca w sadzie trwa cały rok. Zmienia się tylko rodzaj obowiązków. Wiosna to czas przycinania, oprysków i nawożenia. Lato to okres walki z chwastami, przerzedzania i pierwszych zbiorów. Jesienią zaczynają się główne zbiory, które trwają do listopada. Następnie prace porządkowe, naprawy maszyn, likwidowanie starych sadów, sprzedawanie jabłek zgromadzonych w chłodni. Po krótkiej przerwie start cięcia zimowego i cykl się zamyka.
W swojej pracy sadownicy lubią to, że spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu. Satysfakcjonujący jest również fakt, że efekty pracy nie tylko widać, ale można je posmakować. Jest też dużo problemów, z którymi mierzą się każdego dnia. Jednym z nich jest nieprzewidywalna pogoda oraz pogłębiająca się susza. Letnia burza z gradem, bądź też jedna noc z przymrozkami, tak wydarzyło się w kwietniu tego roku może zniszczyć całą produkcję i całoroczny przychód.
Kolejnym potężnym wyzwaniem jest brak rąk do pracy:
“Wszystkie rozwinięte kraje świata mają problem z siłą roboczą w rolnictwie. Ludzie wolą lżejszą i stabilną pracę, niż dorywcze i sezonowe zajęcia w gospodarstwie. Dlatego zatrudniani są imigranci, których niestety z roku na rok też zaczyna brakować” – mówi Maciej Cybulak.
Brak rąk do pracy generuje koszty związane z zakupem maszyn, które mogą zastąpić ludzi.
Innym problemem branży jest brak przewidywalności cenowej i niskie ceny sprzedaży w stosunku do kosztów produkcji. Sadownicy zwracają też uwagę na wycofywanie kolejnych środków ochrony roślin przy jednoczesnym wzroście liczby nowych chorób i szkodników, a także nieumiejętność określenia poszczególnych zagrożeń chorobotwórczych. Choć Polska jest jednym z największych producentów jabłek w Europie, ułatwiony import owoców z krajów o mniejszych kosztach produkcji wpływa negatywnie na ceny eksportu czy ceny jabłek przemysłowych. Niestety, sprowadzanie owoców z krajów o mniej restrykcyjnych wymaganiach upraw, psuje rynek owocu krajowego. Co niepokoi, to fakt, że sieci handlowe zdominowały rynek detaliczny w Polsce i dziś w dużej mierze dyktują ceny producentom owoców i warzyw. Efekt jest taki, że rolnicy dostają coraz mniej za swoje produkty, podczas gdy ceny na sklepowych półkach stale rosną.
“Biorąc pod uwagę sytuację polityczną na świecie można powiedzieć, że export jabłek praktycznie przestał istnieć. Rynek wschodni, na który exportowaliśmy ogromne ich ilości, jest dla nas od dłuższego czasu niedostępny. A rynki takie jak Indie czy Egipt, mimo wielu prób, nigdy nie dorównają rynkowi wschodniemu” – podsumowuje Kamila Dziwisz.
W ocenie sadowników działania polityczne, mające na celu rozwiązywanie problemów w rolnictwie, zdają się odbiegać od rzeczywistych potrzeb rolników. W konsekwencji pieniądze trafiają nie tam, gdzie powinny. Przykładem mogą być dofinansowania na nowe nasadzenia. Zakładane są nowe plantacje, a problem zbytu pozostaje nierozwiązany.

Jak wskazują zgodnie sadownicy najbardziej wyczekiwaną zmianą legislacyjną byłoby wprowadzenie gwarantowanych cen skupu oraz stawianie na pierwszeństwo krajowego owocu, przed tym, sprowadzanym z zagranicy. Należałoby również przyjrzeć się podmiotom skupującym w celu zapobiegania nielegalnemu ustalaniu cen. Kolejną sprawą jest stworzenie nowego systemu ubezpieczeń upraw. Powszechnego, obowiązkowego, taniego i dającego zabezpieczenie od wszystkich rodzajów klęsk. Konieczna jest również edukacja konsumencka, ograniczenie importu w sezonie zbiorów w Polsce, rozwijanie małych przetwórni i wykorzystanie owoców w biogazowniach.
A co z konsumentami?
“Kupujący powinni zwracać uwagę na kraj pochodzenia produktów, a nie tylko na cenę. Kupować lokalnie, w mniejszych sklepach, warzywniakach, na targowiskach lub bezpośrednio od rolników. Należy pamiętać, że zagraniczne sieci handlowe nie dość, że wykorzystują polskich rolników, to jeszcze płacą podatki poza granicami Polski” – mówi Maciej Cybulak.
Choć przybywa ludzi świadomych i gotowych, by zapłacić więcej za żywność ekologiczną, wielu wciąż nie ma pojęcia, jak wygląda praca sadownika.
“Ludzie pracujący na etacie wiedzą, jaką dostaną pensję i mogą planować wydatki. My nie wiemy ile w danym sezonie zarobimy. To loteria, a przecież też mamy dzieci i rachunki do zapłacenia” – dodaje Agnieszka Kancik.
Sadownicy podkreślają, że najintensywniejszym czasem pracy jest sezon urlopowy, gdy inni odpoczywają i korzystają z letniej pogody. Ludzie czasem myślą, że biorąc udział w samozbiorach, pomagają plantatorom. Prawda jest taka, że samozbiory są dla rolników jedynie małą możliwością ograniczenia kosztów zbioru często już darmowego produktu.
Innowacje i wizja przyszłości
Współczesne gospodarstwa coraz chętniej wykorzystują nowe technologie. Nierzadko jedna maszyna potrafi zastąpić nawet kilka osób. W pracy pomagają stacje pogodowe z modelami chorobowymi, z których można korzystać mając telefon z internetem. Sprawdzają się również monitorowane pułapki do odłowu szkodników, które poprzez aplikację informują o wynikach odłowu.
“Za najbardziej obiecującą innowację w sadownictwie uważam zastosowanie sztucznej inteligencji i nowoczesnych technologii w zarządzaniu produkcją. Wdrożenie samojezdnych opryskiwaczy sadowniczych, dronów do zabiegów chemizacyjnych, maszyn do cięcia sadów i robotów do zbierania owoców może w przyszłości zastąpić czynnik ludzki i obniżyć koszty pracy” – podsumowuje Robert Kancik.
Na pytanie o przyszłość sadownictwa nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wiele będzie zależało od sytuacji politycznej i ekonomicznej Europy. Wybuch wojny za wschodnią granicą pokazał, że jednego dnia mocny kanał eksportowy może całkowicie przestać istnieć. Inne zagrożenie sadownicy widzą we wstąpieniu Ukrainy do Unii Europejskiej. Kraj ten dysponuje dużymi zasobami ludzkimi i wysokiej klasy gruntami (czarnoziemy). Dodatkowo, tereny na których robione są nasadzenia są tam wciąż jeszcze wolne od chorób i szkodników.

Pojawiają się też głosy, że obecni sadownicy nie mają następców, a wielu z nich jest już w wieku przedemerytalnym. W takiej perspektywie znikną małe i średnie gospodarstwa, a zostaną tylko wielkie i całkowicie zmechanizowane przetwórstwa sadownicze.
“Rozwiązaniem tego problemu byłaby możliwość prowadzenia przez rolników małego przetwórstwa. Przerabianie swoich produktów na dżemy, soki czy kiszonki, suszenie i liofilizacja. Dzięki temu każde owoce można by przetworzyć i wykorzystać” – sugeruje Agata Kozieł.
Pokora, cierpliwość, wytrwałość
Praca w sadzie uczy systematyczności i życia w harmonii z naturą. To codzienne wstawanie o poranku ze świadomością, że nic w życiu nie jest przewidywalne. Jest wiele rzeczy, na które nie mamy wpływu, a mimo to trzeba przyjmować je ze spokojem. Kamila Dziwisz podsumowuje to następującymi słowami:
“Praca sadownika uczy cierpliwości i tego, że niczego nie można brać za pewnik. Gdy samemu pracuje się ciężko, docenia się również pracę innych. To ciągłe ćwiczenie zaradności i wielozadaniowości. Tak naprawdę nigdy nie wiemy, jaka umiejętność przyda nam się akurat dziś”.
Bo sadownictwo to coś znacznie więcej niż produkcja owoców. Za każdym jabłkiem, wiśnią czy gruszką stoją ludzie, którzy od pokoleń uczą się cierpliwości, pokory i wytrwałości wobec kaprysów pogody oraz trudnej rzeczywistości ekonomicznej. Pomimo wielu wyzwań sadownicy wciąż z ogromnym poświęceniem pielęgnują ziemię odziedziczoną po swoich przodkach, wierząc, że ich praca ma sens. Dzieje się tak dlatego, że sad nie jest dla nich jedynie miejscem pracy, lecz częścią rodzinnej historii, pamięci i własnej tożsamości.
Autor: Karolina Suska
