Dominika Marć

AmbasadorkaSpołeczniczka, coach i trener mentalny

Na co dzień łączy pracę zawodową z działalnością społeczną. Kieruje Fundacją Dębicka Akademia Rozwoju, pracuje jako dyrektor ds. rozwoju w firmie ROS-SWEET Sp. z o.o. oraz wspiera ludzi jako coach i trener mentalny. Jest autorką książki „Okulary życia”. Bliskie są jej tematy współpracy, rozwoju i budowania relacji – zarówno w pracy z zespołami, jak i w lokalnej społeczności. Angażuje się w życie wsi Pustynia, gdzie współtworzy Koło Gospodyń Wiejskich „Oaza”. Zasiada również w Powiatowej Radzie Rynku Pracy w Dębicy i chętnie wspiera różne inicjatywy charytatywne oraz wydarzenia lokalne.

Dominika marc

Wiejskie kobiety mają mnóstwo kompetencji. Brakuje im tylko odwagi, by przebić się z tym, co chciałyby robić.

Od czego zaczęła się Twoja działalność społeczna?

Wyssałam to z mlekiem matki. Moja działalność społeczna zaczęła się bardzo naturalnie – od domu rodzinnego. Dorastałam w dużej rodzinie, gdzie współpraca i wzajemna pomoc były codziennością. To zrodziło we mnie przekonanie, że razem można zrobić więcej. Zawsze miałam w sobie potrzebę bycia tam, gdzie coś się dzieje, gdzie mogę wnieść swoją energię i pomysły. Kiedy pojawiły się dzieci, zaangażowałam się w życie przedszkola i szkoły, działałam w Radzie Rodziców. Z czasem to zaangażowanie przerodziło się w coś większego – bo gdy ma się możliwości i umiejętności, naturalne staje się, by je wykorzystywać dla dobra innych.

Pochodzisz z Pustyni?

Nie, pochodzę z Pustkowa na Podkarpaciu – to kilka wsi dalej. Typowa, spokojna wieś, z dala od miasta. Gdy dorastałam, pomaganie sobie nawzajem było czymś oczywistym. Jeśli ktoś jechał do miasta, od razu zabierał sąsiadów, a przy wykopkach cała wieś potrafiła zebrać się u jednego gospodarza. To była forma działalności społecznej, choć wtedy nikt tak tego nie nazywał. Nie było w tym ani ideologii, ani wynagrodzenia – po prostu widziało się potrzebę i działało.

Pamiętasz swoje pierwsze działanie społeczne, o którym pomyślałaś, że byłaś jego autorką?

Trudno mi wskazać pierwsze działanie, które mogłabym nazwać w pełni swoim. Zawsze działałam w grupie – czasem to ja byłam iskrą, ale potrzebowałam też ludzi wokół, żeby ogień się rozpalił. Tak było z piknikami szkolnymi, sprzątaniem wsi czy innymi inicjatywami, które rodziły się z potrzeby chwili. Jeszcze jako dziecko potrafiliśmy skrzyknąć się nad Wisłokę, pozbierać butelki i sprzedać je w skupie – to była nasza wersja ekologii i zaradności w jednym. Dziś najbardziej jestem dumna z projektów, które prowadzę bardziej świadomie, ucząc też tej świadomości innych. „Pesel nie jest przeszkodą”, w którym uczestniczyło ponad 150 kobiet, czy „Zakorzenione” i przygotowywane właśnie „Blisko Natury” – to inicjatywy wyrastające z rozmów, analiz i realnych potrzeb mieszkańców. Kiedy pomysł staje się wspólnym dziełem i przynosi konkretną zmianę, to daje największą satysfakcję.

Dlaczego zgłosiłaś się do programu “Zakorzenione”?

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam o programie „Zakorzenione”, wcale nie myślałam o naturze. To słowo od razu uruchomiło we mnie inne skojarzenia – z powrotem do własnych korzeni, z odkrywaniem siebie, ze sprawdzaniem, co jeszcze mogę w sobie odnaleźć. Poczułam, że to szansa, by się zatrzymać i spojrzeć na siebie inaczej. Ale tak naprawdę do programu wciągnęła mnie Magda Marynowska, burmistrz gminy Osiek, wówczas związana z Fundacją Aktywizacji i Rozwoju FARMA. To ona zaprosiła mnie na spotkanie do Wiązownicy-Kolonii. I właśnie tam, wśród kobiet, które spotkałam, wydarzyło się coś ważnego. Zrozumiałam, że nie ma sensu oddzielać rozwoju osobistego od przyrody, że jedno przenika drugie. Ich energia, spokój i otwartość sprawiły, że inaczej spojrzałam na siebie i na to, co mnie otacza. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że „zakorzenienie” to nie tylko ładna metafora. To realna potrzeba bycia częścią wspólnoty, w której czuję się u siebie, i równocześnie wsłuchania się w naturę, która daje siłę i uczy pokory. To było dla mnie doświadczenie, które zostawiło ślad – jak oddech, jak dotyk ziemi pod stopami.

WhatsApp Image 2025 12 17 at 17.47.50

Czego potrzebuje w działaniach prośrodowiskowych Twoja lokalna społeczność?

Moja lokalna społeczność najbardziej potrzebuje wiedzy i świadomości. Kiedy mówi się o ekologii, wiele osób automatycznie myśli: sprzątanie świata raz w roku, panele fotowoltaiczne i temat zamknięty. A to przecież tylko fragment. Tak naprawdę chodzi o codzienne wybory – o to, co kupujemy, jak segregujemy odpady czy umiemy odróżnić potrzebę od zachcianki. Dlatego zaczęłam od rozmów o konsumpcjonizmie. Pokazywałam, że nie wszystko musi być must have, że można żyć prościej i mądrzej, a przez to także bardziej ekologicznie. Podczas wspólnych wydarzeń tworzyliśmy mapę marzeń i mapę potrzeb. Dla mieszkańców była to zabawa, ale dla mnie i całego zespołu – źródło ogromnej wiedzy. Dzięki temu widzieliśmy wyraźnie, co jest dla ludzi naprawdę ważne, a co jest tylko powielanym schematem. Myślę, że to właśnie ta świadomość – że małe, codzienne działania mają wielki wpływ – jest czymś, czego społeczność najbardziej potrzebuje. Bo jeśli zaczniemy od podstaw, od drobnych kroków, to z czasem rodzi się przestrzeń na większe, wspólne inicjatywy.

Jak udało Ci się zbudować sieć liderek?

Wszystko zaczęło się od prostego pomysłu – i od kawy, bo najlepsze rozmowy zawsze rodzą się przy kawie. Gdy pojawiła się myśl, żeby zbudować sieć liderek, napisałam w social mediach krótkie zaproszenie: „Tworzę przestrzeń dla kobiet z naszej gminy, chodźcie na kawę, pogadajmy”. Przyszło 11 dziewczyn – każda z innej wsi, każda z inną historią. I to było piękne, bo od początku wiedziałam, że nie chcę budować czegoś tylko w jednym miejscu. Chciałam, żeby ta sieć była naprawdę żywa, różnorodna, żeby dawała kobietom przestrzeń do działania i rozwoju. Z czasem zaczęłyśmy realizować projekty w różnych wsiach, a ich efekty zaczęły wykraczać poza samą gminę. Dziś mogę powiedzieć, że korzysta na tym nawet pół powiatu. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że te dziewczyny nie tylko przyjęły zaproszenie na kawę – one naprawdę wzięły odpowiedzialność za projekty i współtworzą tę sieć. To już nie jest tylko moja inicjatywa. To nasza wspólna siła.

Czego potrzebują kobiety na wsi?

Kobiety na wsi potrzebują tak naprawdę tego samego, co w mieście – odnaleźć siebie i poczuć się dobrze we własnym towarzystwie. Śmiałam się kiedyś, że seniorki są mocno zaopiekowane – joga, gimnastyka, akrobatyka, tańce. Dla dzieci też oferta jest naprawdę bogata, ale dla tych, którzy na to wszystko pracują, nie ma nic. Wiejskie kobiety mają mnóstwo kompetencji. Czasem brakuje im tylko odwagi, by przebić się z tym, co chciałyby robić. Zaściankowość wciąż jest silna. Co ludzie powiedzą? Co będzie, jak mi się nie powiedzie? W głowie siedzi myśl, że jak „będę na świeczniku” i coś mi się nie uda, to wszyscy będą o mnie mówić.

Skąd bierzesz siłę do działania?

Siłę czerpię od ludzi. Wystarczy ich uśmiech po zakończonym wydarzeniu, dobre słowo, wdzięczność. Czasem po pół roku ktoś podchodzi i mówi: „dzięki temu, co tu usłyszałam, coś zmieniłam w swoim życiu”. Takie momenty pokazują mi, że to, co robimy, ma sens. To mnie nakręca, daje energię i sprawia, że chce się działać dalej. Wiem, że za każdym projektem stoją realne emocje i ludzie, którzy czegoś potrzebują.

WhatsApp Image 2025 12 17 at 17.48.25

A Twoja osobista motywacja do działań na rzecz środowiska?

Walczę o lepszy świat dla moich dzieci i wnuków, by miały możliwość doświadczenia tego, czego ja w dzieciństwie doświadczałam. Chciałabym, by mogły wyjść na pole albo na dwór, gdziekolwiek będą mieszkały. I aby na tym dworze nie było wyłącznie betonu i smogu. Żeby było zielono i pięknie. Żeby mogły się napić wody z kranu bez obawy, że złapią jakąś chorobę. Działania prośrodowiskowe to dla mnie troska o przyszłość. Wierzę, że naszym obowiązkiem jest zostawić po sobie świat, w którym kolejne pokolenia będą mogły normalnie żyć i oddychać.

W programie “Zakorzenione” zakładamy dotarcie do osób, które wcześniej nie brały udział w tego typu przedsięwzięciach. Jak udaje Ci się je angażować?

Najlepiej działa osobiste zaproszenie. Czasem wystarczy kawa. Mówię: „chodź, spotkamy się, pogadamy”, i to przełamuje barierę. Ludzie wychodzą z domu dla drugiego człowieka, nie dla hasła z plakatu. Dlatego staram się być blisko – rozmawiać, zapraszać, zachęcać. Korzystam też z tradycyjnych sposobów – ogłoszenia na tablicach informacyjnych, a nawet przez księdza w czasie ogłoszeń parafialnych. Bo nie wszyscy mają Facebooka, a ja chcę dotrzeć do każdego. Wiedza, warsztaty, projekty – to wszystko przychodzi później. Najpierw musi pojawić się więź i poczucie, że ktoś czeka właśnie na ciebie.

Kogo jeszcze prosisz o pomoc?

Współpracuję przede wszystkim z Gminnym Centrum Kultury i Bibliotek – mamy dobre, długotrwałe relacje z dyrektorem. Zdarza się, że idę też do wójta i mówię wprost: „nie mam pieniędzy na wynajem sali, więc proszę o udostępnienie jej za darmo”. I często się udaje. Zapraszam gminę do współorganizowania wydarzeń, bo uważam, że wójt jest wójtem wszystkich mieszkańców – niezależnie od tego, czy wybrała go tylko połowa z nich. Nie musimy się zawsze zgadzać ani lubić, ale dla dobra społeczności warto robić jak najwięcej. Mam też inne podejście, które wynika z moich doświadczeń. Kiedyś, pracując w korporacji, chodziłam na bankiety, wydarzenia na czerwonym dywanie… Dla dziewczyny ze wsi to było coś niesamowitego. I dziś, organizując wydarzenia u siebie, chcę, żeby inni też mogli tego doświadczyć – żeby poczuli się wyjątkowo, oczarowani. Dlatego dbam o oprawę – muzykę, poczęstunek, całą atmosferę. To jest otoczka, która sprawia, że spotkanie zostaje w pamięci. A w środku – jak w metodzie „na kanapkę” – jest najważniejsza treść, czyli wiedza i inspiracja.

Co to jest “metoda na kanapkę”?

„Metoda na kanapkę” polega na tym, żeby ważną, czasem trudną treść podać w taki sposób, by ludzie chcieli ją przyjąć. Wyobraź sobie kanapkę – w środku jest to, co nie zawsze smakuje najlepiej, ale jest potrzebne dla organizmu, a na wierzchu i na spodzie kładziesz coś dobrego. Tak samo robię podczas spotkań: zaczynam od czegoś przyjemnego, kończę miłym akcentem, a w środku przemycam wiedzę i wartości. Dzięki temu ludzie wychodzą z poczuciem, że te kilka godzin nie poszło na marne. Ta metoda działa też szerzej. Czasem zapraszasz jedną grupę, a przy okazji angażujesz drugą. Przykład? Organizowaliśmy turniej „Po marzenia” – były tylko cztery drużyny, a przyszło… osiemdziesiąt dorosłych! Bo za dziećmi zawsze przyjdą rodzice, dziadkowie, znajomi… W ten sposób jedno wydarzenie zapoczątkowuje kolejne, a społeczność zaczyna się coraz mocniej angażować.

WhatsApp Image 2025 12 17 at 17.48.25 kopia

Jak wygląda współpraca z innymi podmiotami?

W gminie Dębica działa mnóstwo stowarzyszeń i kół gospodyń wiejskich. Problem w tym, że często wzajemnie się nie znają. Razem z koleżanką, która prowadzi fundację w sąsiedniej wsi, doszłyśmy do wniosku, że organizacje nie mogą ze sobą rywalizować – musimy się wspierać. Na wsi organizacjom pozarządowym jest trudno: nie ma stałego finansowania, wszystko jest „poszarpane”. Chcemy, żeby tego „szarpania” było jak najmniej. Dlatego zaczęłyśmy od prostych rzeczy – wymiany zasobów. Jeśli mam stoliki bankietowe, projektory czy ekrany, to zamiast płacić za nie wypożyczalni, ktoś przychodzi po nie do mnie. Jeśli potrzebuję sali, to wiem, kto mi ją udostępni. Zrobiłyśmy listę zasobów i kompetencji większości organizacji z gminy – na pierwsze spotkanie przyszło aż 18 przedstawicielek. Teraz, gdy planuję imprezę na sto osób i brakuje mi talerzyków, sięgam po listę i dzwonię do konkretnej osoby. Nawet jeśli czasem trzeba coś opłacić, wolę zapłacić lokalnej organizacji niż firmie z zewnątrz. To nie tylko praktyczne rozwiązanie – to też sposób na budowanie relacji i wzajemnego zaufania. I to działa – moje stoliki naprawdę „kursują” po całej gminie.

Jak budować podobne porozumienie na rzecz środowiska i przyrody? Co poleciłabyś innym liderkom, które chcą zacząć działań, ale nie wiedzą od czego zacząć?

Budowanie porozumienia na rzecz środowiska i przyrody trzeba zacząć od rzeczy najprostszej – od słuchania. Zawsze powtarzam, że Pan Bóg dał nam dwoje uszu i jedne usta po to, żebyśmy więcej słuchali, a mniej mówili. Kiedy naprawdę słuchasz ludzi, zaczynasz rozumieć, co jest dla nich ważne. Drugim krokiem jest zrozumienie i szacunek. Można mieć swoje zdanie, ale warto spróbować spojrzeć też oczami drugiej osoby. A jeśli ktoś się myli? Nie oceniać, nie mówić: „nie masz racji”, tylko pokazać mu delikatnie inny obraz sytuacji. Tylko tak można kogoś przekonać. Ważne jest też, żeby angażować ludzi w małe rzeczy, na które mają realny wpływ. Posprzątajmy fragment wsi, zasadźmy drzewo, stwórzmy skrawek zieleni wokół siebie. Nie musimy od razu zmieniać świata. Wystarczy, że każdy zrobi coś małego „koło swojego komina”. Pamiętam, jak kiedyś wszędzie na podwórkach sadzono tylko tuje i trawnik. A ja mówiłam: „Posadźcie cokolwiek więcej. Niech pszczoły też coś mają od życia”. Tak rodzi się świadomość – krok po kroku. Efektów może nie widać od razu, ale po latach one zawsze zaprocentują. Bo zmiana zaczyna się od małych gestów, które robimy wspólnie.

A co z rozwiązaniami systemowymi? Czy one nie powinny iść w parze z działaniami oddolnymi? Jak poza tym współpracować z samorządem?

Zacznę od drugiego pytania, bo mam na nie krótką odpowiedź. Powiedziałam kiedyś obecnemu wójtowi: „Adam, ja na ciebie nie głosowałam. Zrób wszystko, aby za pięć lat to się zmieniło”. To pokazuje, że z samorządem trzeba rozmawiać otwarcie i uczciwie. Nie zawsze musimy się zgadzać, ale jeśli mamy wspólny cel – dobro mieszkańców – to zawsze znajdzie się pole do współpracy. A jeśli chodzi o rozwiązania systemowe, to one muszą iść w parze z działaniami oddolnymi. Tylko wtedy zmiana będzie trwała. Najlepszym przykładem są dzieci – jeśli od najmłodszych lat włączamy je w akcje, np. sprzątania wsi, to one zapamiętają to na całe życie. U nas sołtys wymyślił, żeby po takim wydarzeniu zrobić ognisko. To prosta rzecz, ale działa. Bo dziecko, które raz posprzątało śmieci i zobaczyło efekt, już nigdy nie będzie ich bezmyślnie wyrzucać. To właśnie buduje systemowe nawyki – wychowanie, edukacja i wspólne doświadczenie. A jeśli chodzi o „wielką politykę” – nieważne, czy ktoś ma serce po lewej, czy prawej stronie. Ważne, by być otwartym na zmiany i inwestować w rozwój. Gmina wiejska Dębica ma się czym pochwalić: mamy oczyszczalnię ścieków, nowoczesny PSZOK, rozwijamy infrastrukturę drogową, szkoły, domy kultury i obiekty sportowe. Dumą gminy jest uzdrowisko Latoszyn Zdrój, które przyciąga kuracjuszy z całej Polski i staje się ważnym punktem turystycznym i gospodarczym regionu. Dzięki wodom leczniczym i nowoczesnej bazie rekreacyjno- -zdrowotnej gmina ma zupełnie nowe perspektywy.

WhatsApp Image 2025 12 17 at 17.48.25 kopia

Na koniec wejdźmy w sferę marzeń. Jak powinna wyglądać Pustynia za 10 lat?

Za 10 lat widzę Pustynię jako miejsce, w którym ludzie naprawdę się znają. Gdzie nikt nie ma oporu, by zapukać do sąsiada po dwie łyżeczki cukru czy trochę soli. Tak, jak to było kiedyś – bez biegania do sklepu, bez marnowania paliwa, za to z poczuciem bliskości i wspólnoty. Marzę o wsi, która będzie wzorem dla innych. O miejscowości, w której ludzie się szanują, młodzi wspierają starszych, a starsi akceptują, że młodzi mają prawo żyć inaczej niż oni. O miejscu, które nadal będzie zielone i piękne, mimo rozbudowującej się strefy ekonomicznej. Chciałabym, żeby fabryki, które powstają, były przyjazne dla środowiska i nie odbierały nam tego, co najcenniejsze – natury. W tej wizji jest też moja prywatna przestrzeń. Marzę, żeby wtedy mieć już wnuki – dwoje albo troje – i żeby mieszkały blisko mojego domu. Chciałabym im pokazywać świat i jednocześnie namawiać ludzi wokół, żeby im się chciało chcieć. I młodszych, i starszych – żeby wychodzili z domów, spotykali się, byli razem.

A na emeryturze?

Chcę mieć do kogo pójść na kawę. Nie siedzieć sama przed ekranem, tylko otaczać się ludźmi, którzy są nastawieni pozytywnie, z którymi można się pośmiać i porozmawiać. To są moje marzenia – proste, ale prawdziwe.

Rozmawiały: Natalia Borkowska, Monika Roszak, Marta Smejda, Monika Szewczyk-Wittek

Może Cię zainteresować...

Rzeczy, które zostają z nami na dłużej. Spotkanie w Stasiówce

Czytaj więcej

Wspólnie planują przyszłość. Liderki “Zakorzenionych” spotkały się w Pustyni

Czytaj więcej

Tworzyć razem. Warsztaty w Pustkowie Krownicach

Czytaj więcej

W Woli Wielkiej mieszkańcy wspólnie stworzyli przestrzeń dla ludzi i zapylaczy

Czytaj więcej

W Nagawczynie wspólnie zadbali o lokalną przestrzeń i zieleń

Czytaj więcej

„Leśne sekrety natury”. Edukacyjny spacer w Dębicy

Czytaj więcej

Warsztaty o liderstwie i budowaniu kobiecej wspólnoty w Dębicy

Czytaj więcej

Konferencja „Blisko natury” w Dębicy o współpracy i lokalnym zaangażowaniu

Czytaj więcej

Rozgrzewające receptury natury – spotkanie, które łączy wiedzę i codzienność

Czytaj więcej

Zniczodzielnie w Stasiówce i Pustkowie – wspólna troska o pamięć i środowisko

Czytaj więcej

Jak lokalne relacje budują lepszy świat? – rozmowa z Dominiką Marć na PFNI

Czytaj więcej

Warsztaty “Mleko od krowy” w Latoszynie: tradycyjne techniki w praktyce

Czytaj więcej

Kiedy kobiety działają razem, dzieją się rzeczy niezwykłe

Czytaj więcej

Razem możemy więcej – energia współpracy lokalnej. Warsztat Dominiki Marć na III Kongresie Współpracy Lokalnej

Czytaj więcej

Razem możemy więcej – warsztat Dominiki Marć podczas Kongresu Współpracy Lokalnej

Czytaj więcej

Solidna dawka natury w Dębicy z Dominiką Marć

Czytaj więcej