Karina Majcherska

AmbasadorkaSołtyska, przewodnicząca KGW

Sołtyska wsi Gady, prezeska Fundacji KARO i przewodnicząca miejscowego Koła Gospodyń Wiejskich. Od ponad 20 lat działa w obszarze ekologii i ochrony środowiska, prowadząc firmę Mazur Electrorecycling. Aktywnie angażuje społeczność w działania na rzecz zrównoważonego rozwoju, edukacji ekologicznej i kuchni zero waste. Pod jej kierunkiem fundacja przekształciła się w przedsiębiorstwo społeczne realizujące projekty integrujące kobiety, dzieci i seniorów. Ambasadorka programu Zakorzenione, działająca na rzecz ochrony powietrza i zasobów wodnych Warmii i Mazur.

Karina majcherska

Zawsze uważałam się za ekolożkę, może trochę szaloną. kontakt z innymi „zakorzenionymi” pokazał mi, że nie jestem w tym sama.

Skąd jesteś?

Z Warmii, z Lidzbarka Warmińskiego. Kopernik u nas przesiadywał, a Krasicki pisał bajki o przyrodzie. Urodziłam się właśnie w Lidzbarku, ale na studia przeniosłam się do Poznania, skąd pochodzi mój mąż. Jego z kolei poznałam trochę wcześniej, w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. I tak mnie zbajerował, że pojechałam za nim do Wielkopolski. Po 20 latach życia w Poznaniu uznaliśmy, że dość, pora uciec z miasta i zwolnić. Gadów wcześniej nie znałam, gdy pierwszy raz usłyszałam tę nazwę, pomyślałam, że to gdzieś na Syberii. A dziś czuję, że to jest moje miejsce na ziemi. Miejsce, które chcę kształtować i ulepszać. Mamy tu we wsi zabytkowy dzwon, który kiedyś dzwonił przy każdej ważnej dla społeczności okazji. Na przykład wtedy, gdy rodziło się dziecko. A teraz dzwoni tylko z powodu czyjejś śmierci. Przeglądałam ostatnio stare dokumenty, poczytałam o tej tradycji i teraz mówię ludziom we wsi: „Spójrzcie, zgodnie z tradycją należy dzwonić także z okazji urodzin! Więc i my dzwońmy!”. Wprowadzenie nawet tak drobnej i symbolicznej zmiany wymaga dużej pracy.

Czym jest Twoim zdaniem siła małych społeczności?

Oddolnie możemy robić wielkie rzeczy. Stawiając małe kroki, można dojść do wielkich celów. Wypracować istotne zmiany. Taki jest właśnie sens zajęć w małych grupach warsztatowych, podczas których pokazujemy dziewczynom, że choć na co dzień czegoś nie zauważamy, to może to zmienić nasze życie. Mam na myśli tak prozaiczne czynności, jak choćby gotowanie zupy z kuchennych resztek albo robienie biżuterii z recyklingu, np. z plastikowych butelek. Nieustannie mówię koleżankom: „Nie kupujcie chińszczyzny, same to zróbcie!”.

To są lekcje, które wyciągnęłaś z programu “Zakorzenione”?

W programie spotykają się kobiety, które mają wewnętrzną siłę, za pomocą której starają się polepszać warunki do życia, zarówno swoje, jak i cudze, przede wszystkim w kwestiach ochrony środowiska. Zawsze uważałam się za ekolożkę, może trochę szaloną. Kontakt z innymi „Zakorzenionymi” pokazał mi, że nie jestem w tym sama. Zdobyłam siłę do dalszych działań. Ostatnio organizowaliśmy dla dzieci warsztaty wycieczkowe w Malborku. Tłumaczyliśmy, że Krzyżacy w XV wieku nie wiedzieli, co robić z odpadami i wyrzucali je na pole lub do rzeki, a dziś, w XXI wieku, gdy mamy szeroki dostęp do wiedzy i techniki, nie możemy postępować jak Krzyżacy. Takie stwierdzenia szybko trafiają do dzieci.

Jesteś sołtyską w swojej wsi. W ubiegłym roku przeprowadziłaś diagnozę potrzeb mieszkańców. Czego się dowiedziałaś?

Problemem numer jeden wciąż wydaje się niestety kwestia spalania śmieci. Przy wsparciu finansowym gminy i przeznaczeniu części funduszu sołeckiego włączyliśmy się w program Czyste Powietrze, finansowany przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Wymieniliśmy piec w świetlicy na pompę ciepła, zainstalowaliśmy fotowoltaikę. Dostaję telefony od mieszkańców z zapytaniem: „Jaki piec kupić, żeby był ekologiczny? A jaką pompę ciepła?”. Ale kilka rodzin wciąż jest na „nie”. I wcale nie potrafią uzasadnić swojego stanowiska. Nie, bo nie. Wydaje mi się, że chodzi o lęk ekonomiczny – obawę, że nie dadzą rady finansowo w kwestii opłat za prąd, więc dalej stosują piece, które nazywamy „kopciuchami”.

Rozumiesz te obawy?

To są gospodarstwa, w których jest biednie. Gmina tym ludziom w jakiś sposób pomaga, dostają produkty żywnościowe, ale tak naprawdę przydałby im się program Nowy Dom, żeby to wszystko wyremontować. Poza tym ludzie boją się ogrzewania z sieci energetycznej, bo jak tylko przychodzą burze, istnieje zagrożenie pojawiania się przepięć w sieci energetycznej, co może skutkować uszkodzeniem urządzeń elektrycznych. Często zdarza się, że jest przerwa w dostawie prądu i nagle się okazuje, że nie ma możliwości zagotowania wody w czajniku.

WhatsApp Image 2025 12 17 at 17.19.48

To są wyzwania, z którymi się mierzycie?

Przychodzi większy wiatr, łamie drzewa i mamy przerwę w dostawie prądu. Wszyscy wtedy mówią: „Nie ma wyjścia, trzeba kupić agregaty”. Na agregacie można funkcjonować tak długo, jak dużo ma się paliwa. Musi on również być odpowiedniej mocy, aby zapewnić zapotrzebowanie prądu, który jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania urządzeń gospodarstwa domowego. Takich przerw w dostawach jeszcze nie mieliśmy, ale dwie, trzy godziny bez prądu to jest norma. Jak tu przy takich przerwach kontrolować pranie albo gotowanie? Powtarzam sąsiadom, jak mantrę, że niestabilna pogoda to jest nasza przyszłość, do której musimy się zaadaptować. Ona zawsze była zmienna, ale teraz zmienia się cały klimat i ta zmiana będzie ogromna. Już to widzimy. Deszcze przynoszą podtopienia i woda stoi na polach, gdzie uprawiane jest zboże. Razem z radą sołecką planuję przy świetlicy zbudować instalację odprowadzającą wodę opadową z budynku świetlicy do stawu. Staw był od zawsze, ale teraz latem woda ze stawu wysycha. Tymczasem wiosną z tego stawu korzystają ptaki, wyprowadzają lęgi, a potem uciekają, bo woda znika.

Kolejna zmiana: miejsce, które słynie z wody, z jezior, zaczyna wysychać…

Widzimy to na własne oczy i ludzie zaczynają się uwrażliwiać. Jako sołtyska słyszę na przykład o gnieździe bociana usytuowanym na drewnianym słupie energetycznym, który pod wpływem wiatru zaczyna się przechylać. W tym roku jeszcze udało mu się przetrwać największe wichury, bociany miały młode, gniazdo nie spadło. Ale wiem, że jesienią będę musiała postawić nowy słup, a ten stary, drewniany zlikwidować. Mówię o tym, bo to najstarsze gniazdo bocianie we wsi. Niektórzy mieszkańcy pamiętają jego początki i to oni zwracają mi uwagę, że z bocianami jest coś nie tak, że trzeba im pomóc, zadbać o to gniazdo. Tego typu telefony, dotyczące codziennych, drobnych spraw, świadczące o trosce o otoczenie, dają mi siłę.

A z czego, co udało się zrobić w ramach programu “Zakorzenione”, jesteś najbardziej dumna?

Z integracji kobiet we wsi, które wcześniej bały się wyjść z domu, bały się cokolwiek robić, bo były przekonane, że sobie nie poradzą. Teraz tylko pytają: „Kiedy coś zrobimy? Kiedy działamy jako «Zakorzenione»?”. Albo z radością mówią, że pszczoły wreszcie ruszyły do pracy, bo początek wiosny był kiepski i z niecierpliwością czekają na warsztaty pszczelarskie. Do tej pory kobiety we wsi nie potrafiły odnaleźć się we wspólnej przestrzeni, nie miały własnych wspólnych celów. A teraz wystarczy jeden telefon albo mail i są gotowe do działania. Cieszą mnie też telefony od mieszkańców, którzy sami wychodzą z inicjatywą do działań na rzecz przyrody. Miałam telefon od mieszkańca, który zaproponował warsztaty z budowy budek lęgowych dla ptaków. Sam zaoferował materiał na budki. To są błahostki, ale świadczą o tym, że ludzie chcą działać na rzecz ochrony przyrody. Zmieniają się ich codzienne nawyki, mieszkańcy uwrażliwiają się na otoczenie.

Jak udało Ci się zbudować tę społeczność zaktywizowanych kobiet?

Nieustannymi telefonami. Dzwonieniem: „Dziewczyny, spotkajmy się, choćby nawet online, bo jest coś do zrobienia”. Mówię na przykład, że mamy czas tylko do wieczora, aby coś napisać, uzupełnić, a one wszystko rzucają i stają na wysokości zadania. Ale szczególnie dumna jestem z tego, że udało mi się w ramach działań zajrzeć poza własną wieś. Zawsze bałam się wyjść poza strefę własnego komfortu, a teraz jadę do Bartoszyc, by przeprowadzić pogadankę i warsztaty o zanieczyszczeniu powietrza i jego wpływie na nasze zdrowie. Jadę do Piecek, do Pisza. Jeżdżę właściwie po całym województwie warmińsko-mazurskim. Czuję, że się rozwinęłam, że pozbyłam się wewnętrznych blokad. Nie boję się już wystąpień publicznych i prowadzenia warsztatów, a kiedyś bardzo się tego bałam.

Opowiedz o swoich najbliższych planach.

Planuję zrobić we wsi społeczny sad i ogród retencyjny z przestrzenią dla młodych ludzi. Najpierw czekają nas prace ziemne, karczowanie i wyrównanie terenu. Na razie nie mam finansów na więcej prac, ale chciałabym też w przyszłości zadbać o to, żeby pojawiła się tam właściwa roślinność. Muszę to omówić z naszym sadownikiem: jakie gatunki drzew należy posadzić i w których miejscach. Zrobimy enklawę dla żab i jaszczurek, a przy okazji zakątek dla młodzieży, w którym młodzi będą mogli się spotykać. Być może jaszczurki znajdą z młodzieżą wspólny język.

WhatsApp Image 2025 12 17 at 17.17.45 kopia

Skąd wzięła się w Tobie żyłka do działań społecznych?

Dostałam gen po mamie. Mama była harcerką, potem komendantką hufca. Moje dzieciństwo było jednym wielkim obozem harcerskim. Mam gdzieś nawet mundurek harcerski z pierwszych lat życia. Jeszcze nie chodziłam, a już miałam uszyty mundurek. Z kolei jako czternastolatka prowadziłam już własną drużynę harcerską. Moja mama była jej opiekunką, bo przecież nie byłam pełnoletnia. Potem poszłam na studia, skończyłam inżynierię środowiska, a ekologią zainteresowałam się właśnie w trakcie studiów. Wtedy też zajęłam się recyklingiem. Od 14 lat prowadzę razem z mężem firmę, która zajmuje się recyklingiem zużytego sprzętu elektronicznego. Współpracujemy z większością sołtysów z naszej gminy. Na terenie gminy systematycznie organizujemy zbiórki zużytego sprzętu elektrycznego. Uświadamiamy sołtysów, że muszą na przykład pilnować starych lodówek, żeby ich nikt nie demontował, bo lodówka bez agregatu to już nie jest elektrośmieć, tylko zwykły odpad, który trzeba przekazać do PSZOK-u. Punkt Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych pobierze za nią opłatę, a szkoda została już wyrządzona naturze, bo freon został wypuszczony w powietrze. Tymczasem sołtys zostaje z wielkogabarytem, z którym nie ma co zrobić. Aby temu zapobiec, rozmawiam z sołtysami, namawiam, przekonuję, edukuję. I jest mi z tym dobrze, czuję się spełniona. Dlatego kiedy przeczytałam o programie „Zakorzenione”, od razu wiedziałam, że to coś w sam raz dla mnie. Kiedy dowiedziałam się, że zostałam przyjęta, byłam bardzo szczęśliwa.

Dlaczego “Zakorzenione” są dla Ciebie tak ważne? Co bierzesz z programu dla siebie?

Pewność, że to, co robię, jest słuszne. Że to właściwa droga z punktu widzenia mnie, sąsiadów i przyrody. To mnie na wielu płaszczyznach wzmacnia. Zresztą nie tylko mnie, wszystkie jesteśmy w tym procesie wzmocnione jako społeczność. Kobiety, zwykle zabiegane i skupione na swoich rodzinach, zaczynają dostrzegać, jak wiele daje im wspólnota. Mam wrażenie, że teraz szybciej przybiegną do świetlicy, a nie będą stały przy garach i gotowały obiad na kolejny dzień. Wynika z tego mnóstwo dobrej energii, rośnie poczucie własnej wartości, jakby nagle zrozumiały, że stworzono je do czegoś więcej niż tylko do sprzątania i gotowania.

A widzisz siebie biorącą udział w ulicznym proteście? Jadącą do miasta, żeby krzyczeć o sprawach, o których teraz rozmawiamy?

Chyba nie. Nie czułabym się z tym dobrze. Szkoda by mi było czasu i energii. I pieniędzy. Wolę te same pieniądze, czas, energię spożytkować na działanie tu na wsi, lokalnie, oddolnie, wkopać rurę, posadzić kwiaty, zamiast jechać do Warszawy i pomachać transparentem. Zacznijmy wszyscy od siebie, od naszych małych miejscowości, małych społeczności. Zresztą bardzo wierzę w to, że ludzie w większych miastach też mają możliwość stworzenia podobnej wspólnoty i mogą pracować w jej ramach. Nie wydaje mi się, żeby z ulicznych protestów mogło coś konkretnego wyniknąć. A podziały, do których ludzie w miastach są przyzwyczajeni, tu na wsi nie są wcale tak oczywiste. Współpracuję na przykład z leśnikami i myśliwymi, z którymi razem budujemy siedliska dzikich ptaków.

Opowiedz o tej współpracy.

Ze strony myśliwych dostaję dużo wsparcia. Dzwonię, mówię, co chcę zrobić, i słyszę, że mnie na przykład wyszkolą, jak odbudowywać ptasie siedliska. Chcę się także zaangażować w dokarmianie zwierząt, którym też jest coraz trudniej w intensywnie zmieniającym się świecie. Niektórzy mówią, że myśliwi dokarmiają zwierzęta po to, żeby potem na nie polować, ale to nieprawda. Chodzi o wzmacnianie osłabionej populacji. Brak surowych zim, brak pokrywy śnieżnej, zanieczyszczone powietrze – to wszystko wpływa na zwierzęta. Trzeba je dokarmiać, dostarczać soli mineralnych z lizawek. Dzięki takim działaniom wzmacnia się populację saren, jeleni, danieli. Wiadomo, że nie wszyscy myśliwi są idealni. W każdym środowisku są ludzie dobrzy i ludzie źli. Dla mnie wzorem myśliwego był mój tata, który już nie poluje z racji wieku, wujek, ale też mąż, który ma bardzo proekologiczne poglądy. W naszym domu celebruje się upolowane zwierzę, mięso z upolowanego zwierzęcia zostaje całkowicie wykorzystane. Dzięki temu, że mamy dostęp do dziczyzny, nie muszę kupować wieprzowiny, kurczaków faszerowanych antybiotykami. Zresztą staramy się jeść więcej warzyw niż mięsa. Sama wyganiam męża na polowanie, gdy widzę, że lodówka jest pusta. Mówię mu: „Musisz iść do lasu”. A on idzie do lasu, ale z lornetką, bo bardzo lubi obserwować zwierzęta. Wraca, a ja na to: „Lodówka wciąż jest pusta”.

Czy wiara bywa motorem napędowym dla Twoich działań społecznych i ekologicznych?

Wierzę, że tam na górze ktoś jest i ma na mnie oko. To przekonanie działa motywująco. Tym bardziej że jeśli robię coś dla przyrody, to tak naprawdę robię to również dla tego, który to stworzył. Ale przyznam, że często dopada mnie bezsilność, na przykład wtedy, gdy odwiedziłam zakład gospodarki odpadami i zobaczyłam kobiety pracujące przy taśmie segregacji odpadów. Pomyślałam sobie wtedy: jak można tyle produkować, tyle kupować, tyle wyrzucać?! Wszędzie tylko plastikowe opakowania, zabawki, ubrania, które potem lądują w śmieciach! Jak tak można?! Ciągle kołaczą mi się w głowie słowa, które usłyszałam podczas warsztatów: że zostało nam pięć lat, by zapobiec kataklizmowi. Bo już teraz dzieje się to, o czym mówili nam naukowcy: pożary, trąby powietrzne, powodzie. Nie mogę uwierzyć w to, że dopiero w XXI wieku zajęliśmy się tym problemem na poważnie. Ale ciągle wierzę, że tkwi w nas ogromna moc. I mimo że mamy tak mało czasu, to uda się nam coś zdziałać.

Kto wspiera Cię w dążeniach do poprawy sytuacji?

W domu na pewno mąż. Przychodzę do niego z jakimś problemem, a on mi doradza, sugeruje, do kogo zadzwonić, z kim porozmawiać. Mówi: mam takiego leśnika, mam takiego myśliwego. Poza mężem oczywiście moje liderki. Udało mi się stworzyć sieć i teraz wystarczy jeden telefon, żeby coś załatwić. Leśnicy i myśliwi wspierają mnie przy organizowaniu warsztatów i eventów. Zawsze mogę dowiedzieć się, jakie są potrzeby danego gatunku, co trzeba zrobić, żeby zwierzęta mogły wrócić do swojego naturalnego środowiska.

WhatsApp Image 2025 12 17 at 17.17.45

Jak wyobrażasz sobie swoją wieś za 10 lat?

Mam wizję wsi ekologicznej. Takiej, w której w każdym domu są pompa ciepła, oświetlenie, nieduże wiatraczki. Do tego zbiornik na deszczówkę, chociaż jeden w każdym gospodarstwie, plus, oczywiście, fotowoltaika. O prądzie już rozmawiałyśmy – tu się go zużywa tyle, że bez fotowoltaiki się nie obejdzie. I jeszcze marzy mi się, żebyśmy wreszcie wyprostowali kwestię gospodarowania odpadami, prawidłowo segregowali śmieci. Swego czasu mieliśmy dofinansowania z gminy na kompostownik, więc kto chciał, to już ten kompostownik ma, a dzięki niemu mamy mniejsze opłaty za odbiór śmieci. To się wszystko pięknie łączy.

Czyli odnawialna energia, retencjonowana woda i segregacja śmieci. A co z ludźmi?

Jak to się wszystko zadzieje, to ludzie będą o wiele szczęśliwsi. Zadowoleni z życia. I zdrowsi! Bo przecież jak wymienimy już wszystkie piece we wsi, to będziemy oddychać o wiele czystszym powietrzem. I mam jeszcze jedno małe marzenie, a może raczej plan. Nie mamy tu pięknych asfaltów, jakie są w miastach, ale chciałabym, żeby te nasze dziurawe, szutrowe drogi nazwać alejami i każdej przydzielić patrona – gatunek jakiegoś gada, który występuje w Polsce. Chciałabym mieć we wsi na przykład Aleję Jaszczurkową. Być może dzięki temu niejeden mieszkaniec sięgnie po książkę albo sprawdzi w telefonie, o co chodzi z gadami, i czegoś się dowie.

Rozmawiały: Natalia Borkowska, Monika Roszak, Marta Smejda, Monika Szewczyk-Wittek

Może Cię zainteresować...

Las jako źródło wiedzy i umiejętności. Spotkanie w Gadach

Czytaj więcej

Sad odporny na przyszłość. Spotkanie w gospodarstwie Jan-Sad

Czytaj więcej

Wspólne planowanie przestrzeni i działania w Różnowie

Czytaj więcej

Gady i rozmowa o kuchni, wodzie i tym, co mamy najbliżej siebie

Czytaj więcej

Siedlisko Pasieka jako przestrzeń spotkania wokół pszczół i bioróżnorodności

Czytaj więcej

Kiedy mniej znaczy więcej. Spotkanie w Różnowie o niemarnowaniu i codziennych wyborach

Czytaj więcej

Studzianka i warsztaty „Sztuka Odporności” w Siedlisku Pasieka

Czytaj więcej

To, co kwitnie, ma znaczenie. Spotkanie w Studziance

Czytaj więcej