Kiedy i jak zaczęła się twoja praca na rzecz mieszkańców szklanej?
W liceum. To był Polski Czerwony Krzyż, potem Caritas. Ale muszę też powiedzieć o działaniach prawdziwie oddolnych, z ludźmi i dla ludzi, związanych ze sprzątaniem śmieci. W latach 80. i 90. w przydrożnych rowach w naszej wsi wszędzie walały się śmieci, reklamówki latały na wietrze. Człowiek idzie na spacer, chce odpocząć, bo jest piękna pogoda, zachwyca się przyrodą, a tu nagle – w lesie, w polu czy przydrożnym rowie – kupa śmieci. Albo fruwająca torebka. Bardzo mnie to wkurzało. W tamtych realiach nikt się tym nie przejmował, ale mnie to drażniło. Była wówczas jeszcze zbyt młoda by inicjować jakieś akcje, ale chętnie włączałam się we wszystkie inicjatywy ekologiczne, które wówczas dopiero raczkowały. Pamiętajcie, że jeszcze kilka lat temu w gospodarstwach rolnych odbiór śmieci nie był zorganizowany, co było poważnym problemem dla gmin. To, co się zebrało przy domu, albo szło do pieca, czemu towarzyszył czarny dym, albo było zakopywane w polu. Mieszkamy przy drodze wojewódzkiej. Parę lat temu była modernizowana, zasypano rowy, ułożono chodnik, więc sytuacja trochę się poprawiła. Ale wcześniej, w cieplejszej połowie roku, od marca do listopada, w rowie można było zebrać co kilka tygodni wiadro śmieci. Butelki, plastikowe opakowania. Coś potwornego. Dlatego moim pierwszym odruchem były drobne działania, które mogłyby to ukrócić.
Zajęłaś się problemem nielegalnego śmiecenia?
Chciałam zmienić sposób myślenia, który skłaniał ludzi choćby do wywożenia śmieci w pole, gdzie je po prostu zakopywali. Pamiętacie szał na jednorazówki?
Plastikowe torby?
Ja z kolei pamiętam czasy, kiedy na zakupy szło się z własną torbą, tak zwaną przemytniczką. Chodzi o dużą, kraciastą torbę bazarową. To był odruch: idziesz do sklepu, bierzesz z domu torbę. Nikt się temu nie dziwił, każdy tak robił. A potem wybuchł szał na torby jednorazowe. W pewnym momencie miałam wrażenie, że niektórzy wręcz się nimi lansują. Kupują w sklepie napój, i zamiast wziąć butelkę pod pachę, wrzucają ją do jednorazowej siatki. Potem ta torba lądowała w rowie, w lesie albo w piecu. Albo fruwała na wietrze.

CZYM ZAJMOWAŁAŚ SIĘ W PCK I CARITASIE?
Opiekowałam się dziećmi, jeździłam z nimi na kolonie i obozy. Przy okazji wpajałam im lekcje o śmieciach. Papierek zawsze idzie do kosza, a nie na ziemię. Gdy robimy sobie kanapkę, to nie zawijamy jej w plastik, tylko w papier śniadaniowy, dzięki temu nam się szynka nie zaparzy. Drobne gesty, ale podszyte sugestią, że teraz ty korzystasz z tego miejsca, ale po tobie przyjdzie ktoś inny, więc zostaw je dla niego czyste
OPOWIEDZ O SWOJEJ DALSZEJ DRODZE. CO BYŁO PO PCK I CARITASIE?
Poszłam na studia i trochę zmieniły się moje priorytety, przynajmniej na pewien czas. Ale rodzice wciąż mają gospodarstwo, a dla mnie naturalne było i jest pomaganie im. Starałam się tak kumulować zajęcia, żeby potem móc wrócić do domu i pomagać przy gospodarstwie. Nigdy nie wstydziłam się tego, że jestem ze wsi. Nie kojarzyła mi się z zacofaniem. Współcześni mieszkańcy wsi nie różnią się niczym od mieszkańców miast. Mają zadbane domy i obejścia, zagraniczne samochody, eleganckie ubrania i prawdziwą naturę na wyciągnięcie ręki. Doceniliśmy to szczególnie w czasach pandemii. Poza tym odkąd pracuję w administracji, moi współpracownicy bardzo chętnie kupują ode mnie różne produkty z gospodarstwa moich rodziców: jajka, mleko, ser, pomidory. Ludzie mają świadomość, że są prosto od producenta, zdrowe, wyprodukowane na naturalnym nawozie, bo wciąż mamy świnie i krowę. Obie strony są z tego układu zadowolone: moi rodzice, bo pomagam im w sprzedaży, koledzy i koleżanki z pracy – bo dostają świetne produkty. I tylko ja ciągle muszę jeździć z siatami… Ale coś za coś.
JEDNOCZEŚNIE ZACZĘŁAŚ DZIAŁAĆ NA RZECZ WASZEJ WSI.
Mówiłam już o problemach ze śmieciami, muszę wrócić do tego wątku. Przez kilka lat moja mama była sołtysem, i za jej kadencji gmina zaczęła podstawiać nam kontener na odpady. Był problem ze znalezieniem miejsca, w końcu padło na nieużytek na tak zwanym Kamieńcu, gdzie wcześniej znajdowało się prowizoryczne boisko. Prowadziła tam polna droga, jak padało, to nie dało się przejechać, ale ludzie jakoś sobie radzili, wozem czy traktorem. Tylko że gmina nie nadążała z odbieraniem tych śmieci, więc one się nawarstwiały, a kontener przepełniał. Wszystko tam trafiało, nawet truchła świni. Masakra. Potem kontener zniknął na dobre, a my zaczęłyśmy się zastanawiać, jak wykorzystać to miejsce. Doszłyśmy do wniosku, że nie mamy żadnego innego terenu we wsi, gdzie mogłybyśmy działać. Małopolska charakteryzuje się taką malowniczą mozaiką pól, to bardzo piękny widok. A ten nasz Kamieniec jest na podwyższeniu, swego czasu to był najwyższy punkt w okolicy, z pięknym widokiem na dolinę rzeki Szreniawy, na las w Koniuszy. Może udałoby się pozyskać jakieś środki, zrobić coś dla dzieciaków ze wsi? – pomyślałam. Wcześniej trzeba było jednak Kamieniec posprzątać. Ściągnąć koparkę. Okazało się, że to prace zakrojone na szerszą skalę. Wielkie sprzątanie.

JAK UDAŁO SIĘ NAMÓWIĆ LUDZI DO POMOCY?
Wydaje mi się, że impulsem było to, że chcemy działać na rzecz dzieci. Bo my tych dzieci mieliśmy we wsi prawie pięćdziesiąt! W dwudziestu paru domach! Na co dzień ich się nie widziało. Gdy zorganizowaliśmy na polu dmuchańce, żeby dzieci sobie poskakały nagle pojawiło się pięćdziesięcioro dzieci, to wszyscy byli w szoku! Potem, kiedy już posprzątaliśmy Kamieniec, chłopak ze wsi przygotował projekt, żeby nadać temu miejscu jakiś kształt, wymiary prawdziwego boiska. Mieliśmy jeszcze dwa problemy. Po pierwsze taki, że to była po prostu ilasta, gliniasta patelnia. Wszyscy mówili, że tam nic na niej wyrośnie. Ale drążyliśmy temat, szukaliśmy rodzimych roślin, które sobie w takim warunkach poradzą. Ktoś nam podpowiedział, co tam posadzić, dobrał gatunki, i się udało, wyrosła piękna trawa. To był 2018 rok, działaliśmy już wtedy jako Koło Gospodyń Wiejskich w Szklanej.
A DRUGI PROBLEM?
Wciąż brakowało dobrej drogi dojazdowej. Ale okazało się, że starszy pan, który jest właścicielem sąsiedniego pola, chętnie je sprzeda. Wtedy zaprzątnęliśmy do pracy naszego radnego, który przeforsował pomysł, żeby odkupiła je gmina. Burmistrz był nieco sceptyczny, ale udało się go przekonać do zakupu tego terenu i przekazania go w użyczenie dla KGW na 10 lat.
CZYLI DROGA POWSTAŁA.
Zrobiliśmy kiedyś imprezę, na którą przyjechała pani wiceminister. I na tej naszej polnej drodze ubrudziła sobie w błocie buty. Wykorzystaliśmy te jej brudne buty jako argument, żeby powalczyć o asfalt. I rok później mieliśmy już asfaltowy dojazd. Do tego powstał mały budynek, 35 metrów kwadratowych, na zgłoszenie. Mamy cztery ściany i dach. Potem postawiliśmy wiatę z kostką brukową pod spodem. Doprowadziliśmy prąd. Brakuje nam jeszcze bieżącej wody, ale zbieramy deszczówkę, bo udało nam się załatwić środki na mausera, czyli duży zbiornik na wodę. Jest czym podlewać rośliny.
MIEJSCE ŻYJE?
W tym roku mieliśmy już dwie prywatne imprezy. Ktoś zrobił zakończenie roku szkolnego dla dzieci, ktoś inny urodziny. Wczoraj zgłosiła się pani, która chciałaby córce zorganizować osiemnastkę. Zachody słońca są wspaniałe. Kiedyś przyjechała do nas para młoda na sesję zdjęciową, więc znajoma ich zaciągnęła na Kamieniec, porobili wspaniałe zdjęcia. To jest naprawdę urocze miejsce. Poza tym na uboczu wsi, więc imprezy nikomu nie przeszkadzają. Jest bezpiecznie. A jeszcze staramy się je urządzać w duchu naturalnym. Mamy pasiekę, na wiosnę posialiśmy łąkę kwietno-ziołową. Przy okazji powstał pożytek dla naszych pszczół.

W TWOJEJ WSI POWSTAŁA PASIEKA. TO TEŻ PROJEKT KOŁA GOSPODYŃ?
Pracowałyśmy kiedyś nad kroniką wsi. Zbierałyśmy stare zdjęcia, próbowałyśmy za ich pomocą opowiedzieć o naszej wsi. Dużo przy tym rozmawiałyśmy z mieszkańcami, i w wielu rozmowach przewijał się wspólny wątek: że kiedyś miało się coś na własny użytek. Na przykład sad albo pasiekę. Bo ludzie dalej mają uprawy, ale to już jest inna produkcja. Pomyślałam, że fajnie by było wrócić do tych tradycji – żeby mieć coś we wsi na nasze własne potrzeby. A zapylanie przysłuży się wszystkim. Stąd pomysł pasieki. Tym bardziej, że każdy widzi ubytek owadów. Jest ich coraz mniej, nie widuje się już tylu motyli, co dawniej. Spróbowałyśmy z pszczołami. Coraz więcej jest w okolicy rzepaku i kukurydzy, ale niedaleko naszego Kamieńca są też piękne, naturalne łąki. Żartowałyśmy sobie kiedyś z koleżanką, że na starość, na emeryturze, założymy pasiekę. No to założyłyśmy i to na długo przed emeryturą.
OPOWIEDZ O SWOICH MOTYWACJACH. CO CIĘ POPYCHA DO DZIAŁANIA?
Czasami mam wrażenie, że inni nie widzą problemu, bo nie chcą, bo musieliby coś z tym zrobić, a udawać że się czegoś nie widzi jest łatwej. Poza tym często zdarzają się wymówki, że „tak przecież zawsze było”, „bo komu to przeszkadza”, „nic się nie da z tym zrobić”.
A DLACZEGO TY NIE PRZYWYKNIESZ?
To chyba wypadkowa wielu czynników. Trochę nauki Kościoła, trochę tego, co wyniosłam z domu, ale też mojego własnego poczucia estetyki. Jak się dawniej kończyły żniwa, to mój tata brał się za sprzątanie, żeby na obrzeżach pola nie był porządek. To była forma uszanowania ziemi, a ja zostałam po prostu nauczona takiej postawy. Doceniania tego, co mamy, szanowania miejsca, w którym żyjemy. Bo jeśli my o to nie zadbamy, to ci, co będą po nas, na przykład moi siostrzeńcy, nie będą się już mogli nim cieszyć. Nie bądźmy egoistami.
JAK MIESZKAŃCY REAGUJĄ NA TWOJE POMYSŁY?
Ludzie różnie reagują na to, co robię. Na przykład na to, że do sklepu jadę rowerem, a nie samochodem. Mam problemy z nogami, zdrowie jest dla mnie ważne, więc rower to dla mnie forma rehabilitacji. Zresztą po co mam się martwić o miejsce parkingowe? Ale dla niektórych jeżdżenie na rowerze jest dziwne. Podobnie jest z pasieką, pytanie kto się tym będzie zajmował? Po co to? Co z tego mamy? Ale chyba już dojrzałam do tego, że nie muszę odpowiadać na wszystkie pytania i tłumaczyć się ze wszystkiego, bo to co robię z czasem się obroni samo. Natomiast mam ogromną satysfakcję, bo w pracę z pszczołami wciągnęli się moi siostrzeńcy. Po miodobraniu usłyszałam, że to całe pszczółkowanie jest fajne. Ale większość wsi wciąż podchodzi do tego jak do jeża. Ostrożnie. Myślę jednak, że będzie jak z Kamieńcem – za jakiś czas docenią.
DOCENIĆ POWINNI ROLNICY, KTÓRYM PRZECIEŻ PSZCZOŁY POMAGAJĄ W PRACY. PROWADZIŁYŚCIE EDUKACJĘ NA TEN TEMAT?
Na pewno musiałyśmy uczulić ludzi w kwestii oprysków, żeby były prowadzone po zachodzie słońca, gdy pszczoły już nie latają do pożytku. Chodzi o pewne uwrażliwienie, wskazanie, że to nasze wspólne dobro. Jak zadbamy o pszczoły, to one nam się odwdzięczą. Pasieka stoi na Kamieńcu, którego część zagospodarowaliśmy. Ale nie całość, bo aż tyle miejsca nie było potrzeba. Resztę oddaliśmy pod opiekę jednemu panu, który wyprowadził tam sobie uprawę. Nawet nie wiecie, jak się ostatnio ucieszyłam, gdy zobaczyłam, że oprysk robi dopiero przed godziną dziewiątą wieczorem. Czyli bezpiecznie dla naszych pszczół. To w ogóle fajny układ, pan ma większe zbiory, a pszczoły pożytek. To są dwa hektary, kawał pola, ale nie płaskiego, tylko pagórkowatego, z różnymi zakamarkami. Zapytałam go teraz na wiosnę, który kawałek będzie mu trudniej uprawiać, on wskazał jakiś fragment, i to właśnie tam zrobiłyśmy łąkę kwiatowo-ziołową. Mam oczywiście wrażenie, że część mieszkańców patrzy na te pomysły nieprzychylnie, ale musimy po prostu robić swoje.
SKĄD W TOBIE OTWARTOŚĆ NA NOWE POMYSŁY? NA ZDOBYWANIE WIEDZY?
Wiadomo, że mam swoje zdanie na wiele tematów. Ale jednocześnie wiem, że czasami trzeba zrobić krok w tył. Wtedy więcej się zobaczy. Zyska się nową perspektywę. Jesteś przekonana, że coś jest słuszne, ale okazuje się, że ktoś zrobił nowe badania, albo wypracował nowe rozwiązania. I warto po nie sięgnąć. Tym bardziej, że ja się na wielu rzeczach po prostu nie znam. W wielu sprawach muszę się radzić innych. Studenci z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie pomogli nam zrobić projekt zagospodarowania Kamieńca. Dobrali roślinność, zaproponowali rozwiązania. Jak trzeba było kupić meble, na których też się przecież nie znam, to ściągnęłam opinii osoby, która siedzi w temacie. To samo z trawą, która miała urosnąć na pustyni. Co ja wam będę mówiła oczywistości? Koniec języka za przewodnika! Dzięki pracy w kole nauczyłam się wielu rzeczy…
ALE NIE GOTOWANIA, PRAWDA? BO WIELU OSOBOM WYDAJE SIĘ, ŻE KOŁA GOSPODYŃ ZAJMUJĄ SIĘ WYŁĄCZNIE GOTOWANIEM.
Gdzie tam! Mam na myśli kwestie zarządzania, organizowania pracy, zagadnienia związane z ekologią. Skoro podejmuję jakieś decyzje, to biorę za nie odpowiedzialność. Decyzja może okazać się błędna, ale zanim ją podejmę, rozpisuję sobie argumenty, jakimi się kierowałam. Zbieram informacje, a potem piszę na forum: Słuchajcie, dowiedziałam się tego i tego, i w tym kontekście wydaje mi się, że najlepsze będzie takie rozwiązanie. Czy ktoś jest przeciwny? Cisza. Czyli podjęliśmy decyzję.
PRÓBUJESZ ZMIĘKCZAĆ NIEPRZEKONANYCH? CZY RACZEJ PO PROSTU DZIAŁASZ Z TYMI, KTÓRZY CHCĄ COŚ ZROBIĆ?
Kiedyś chciałam dotrzeć do wszystkich, do każdego się dopasować. Ale tak się nie da. Za dużo mnie to kosztowało. Uznałam, że będę współpracować z tymi, którym zależy. Ale mam wrażenie, że jak ludzie widzą efekty naszej pracy, to po cichu przyznają nam rację. Do każdego działania podchodzę uzbrojona w argumenty, ale też zostawiam uchyloną furtkę na argumenty mojego rozmówcy.
A Z CZEGO JESTEŚ NAJBARDZIEJ DUMNA?
Z tego, że Kamieniec nie jest już wysypiskiem śmieci, tylko miejscem integracji, spotkań, takim, które służy mieszkańcom. A jednocześnie miejscem pięknym, z ogromnym potencjałem na przyszłość. I jeszcze z tego, że udało nam się w ubiegłym roku zrobić „Ziołową Ścieżkę Zdrowia” wzdłuż trasy EUROVELO 11 (fragment międzynarodowej długodystansowaej trasy rowerowej, która rozpoczyna się w Atenach, a kończy w Nordkap w Norwegii – przyp. red.) biegnącej przez naszą wieś. Ani nasza gmina, ani gminy ościenne nie miały pomysłu na zagospodarowanie ścieżki rowerowej. Tylko nasze Koło coś z nią zrobiło. Wzdłuż trasy ustawiliśmy pięć podwyższonych klombów, w których posadziliśmy wieloletnie i miododajne zioła: szałwię, pysznogłówkę, tymianek, melisę i lawendę i opatrzyliśmy je tablicami edukacyjnymi. Widzę, że ludzie przystają, czytają tablice, czasem zerwą sobie trochę ziela. Marzy mi się pójść dalej, w kierunku wsi tematycznej, żebyśmy się stali wsią pachnącą ziołami, która wykorzystuje ten piękny krajobraz, tę szachownicę pól. Chcemy robić warsztaty zielarskie, proponować spacery edukacyjne. Uczulać ludzi, jak ważne są zapylacze. I że warto patrzeć pod nogi! I że to wszystko ma sens wtedy, gdy wokół nie latają śmieci. A to, czy one latają, czy nie, zależy wyłącznie od nas. Od naszych decyzji konsumenckich i wyborów. Od tego, czy kupimy produkt w opakowaniu plastikowym czy szklanym. I gdzie potem to opakowanie wyrzucimy. Ale do wszystkiego dojdziemy małymi krokami. Na tyle, na ile wystarczy nam sił.
