Karolina Suska

AmbasadorkaSocjolożka, edukatorka i trenerka

Socjolożka, edukatorka i trenerka, od lat działająca na rzecz kobiet i społeczności wiejskich. Absolwentka Szkoły Liderów PAFW i Akademii Liderów Kultury, certyfikowana trenerka WENDO i stypendystka MKiDN. Członkini Rady Kobiet przy Ministerstwie Rolnictwa, prowadzi szkolenia dla Kół Gospodyń Wiejskich i lokalnych liderek. Autorka projektów takich jak „Kobiecelato!” czy „Sąsiedzkie spotkania z…”. Ambasadorka EPALE Polska i twórczyni strony „Kobiety na wsi by Karolina Suska”.

Karolina suska

Żeby zmiana odgórna, systemowa miała sens, po drodze musi się spotkać z oddolną. Ludzie muszą jej oczekiwać, czuć jej potrzebę.

Czym jest Twoim zdaniem siła kobiet?

Siła kobiet łączy się w moim odczuciu z pojęciem wspólnoty. Z działaniem w grupie kobiet na rzecz innych kobiet. To też kwestia myślenia o tym, co mogę zrobić dla innych dziewczyn i przekucia tych myśli w czyny, żeby nie skończyło się na słowach. Kobiety mają niesamowitą sprawczość. Ona czasem jest uśpiona, nieuświadomiona, ale za sprawą działań społecznych jesteśmy ją w stanie obudzić i jej potem wspólnie doświadczać.

Skąd wzięła się w Tobie potrzeba działania?

Od zawsze zależało mi na wdrażaniu zmian. Widziałam pewne braki we współpracy, deficyty społeczne i chciałam wpłynąć na poprawę sytuacji społeczno-kulturalnej mieszkańców mojej społeczności. Między 2007 a 2009 rokiem zaczęłam akcyjnie pracować dla społeczności, mając głębokie przekonanie, że moja praca może zaowocować konkretną zmianą. Zauważałam, jak wielką frajdę daje małej społeczności fakt, że coś się wewnątrz niej zaczyna dziać: jak ludzie się cieszą, jak mocno to przeżywają. Pojawia się cała gama emocji: zaskoczenie, wzruszenie, obawa… Są też momenty trudne, które skłaniają do refleksji nad dalszym działaniem. Bo jak się człowieka wybudzi z marazmu, to się go zachęca, by oczekiwał więcej, by pozbył się przekonania, że w jego wsi nie da się czegoś załatwić. Człowiek staje się wtedy wymagający wobec siebie i innych.

Jakie problemy dostrzegłaś?

W mojej społeczności to był przede wszystkim temat edukacji pozaformalnej i działań międzypokoleniowych. Zależało mi na tym, żeby nauczyć ludzi uczestnictwa w działaniu. Był to cel dość ambitny, ale wynikał z obserwacji i ówczesnych doświadczeń. Zdarzało się, że ktoś chciał coś zorganizować, ale brakowało uczestników. Dlaczego? Dlatego, że ludzie nie byli nauczeni uczestnictwa, brania udziału w zajęciach dodatkowych. Nie interesował ich rozwój czy dokształcanie się. Jestem wielką fanką edukacji, uważam, że może ona zmieniać świat na lepsze. Jednocześnie wiem, że brakuje nieformalnej edukacji dla dorosłych. Ludzie są zwykle przekonani, że po skończeniu szkoły średniej lub studiów pewien etap w życiu się zamyka i nie trzeba się już niczego uczyć. A ja mam świadomość niedosytu wiedzy. Uwielbiam sama się uczyć, ale też staram się ułatwiać dostęp do edukacji najmłodszym, nastolatkom i dorosłym, wszystkim po kolei.

A co skłoniło Cię do pracy z kobietami?

To dobre pytanie, skłaniające do refleksji. Od 2012 roku pracowałam w instytucji kultury i bardzo chciałam powołać do życia jakąś kobiecą grupę, jednak wtedy jeszcze ten pomysł nie miał żadnej konkretnej formy. Nie wiedziałam, czym ta grupa mogłaby być. Potem pojechałam na WenDo, warsztaty na temat sprawczości dla kobiet. Byłam pod ogromnym wrażeniem, jak dwa dni, które wspólnie spędziłyśmy w sali warsztatowej, wpłynęły na mnie i na uczestniczki. Dziewczyny przyjechały z różnych stron Polski, nie znały się wcześniej, a jednak wzbudzały razem wspaniałą energię. Wyszłam z tych warsztatów z myślą, że chcę stworzyć wokół siebie grupę kobiet, która regularnie się spotyka i wzajemnie wspiera. Postanowiłam rozejrzeć się, kogo mam wokół siebie, z kim mogę działać i co razem mogłybyśmy zrobić dla innych. Byłam już dyrektorką instytucji kultury w Łaziskach, do których wróciłam po studiach w Krakowie, miałam wpływ na pewne sprawy i zapragnęłam stworzyć przestrzeń, w której kobiety mogłyby się spotykać. W 2014 roku uruchomiłyśmy oficjalnie Klub Kobiet Aktywnych. Frekwencja była świetna, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że wychodzimy naprzeciw konkretnej potrzebie. Najwyraźniej kobietom brakowało wcześniej takich działań.

WhatsApp Image 2025 12 17 at 18.56.50

To się działo w Łaziskach?

Tak, u mnie na Lubelszczyźnie. Można spokojnie powiedzieć, że dziś to moje wiejskie miejsce na ziemi, w którym mogę realizować się życiowo i społecznie.

Co widzisz, gdy dziś patrzysz na swoją wieś?

Widzę ogrom potencjału, dobrych ludzi i wspaniałą naturę. Mój dom stoi na samym końcu wsi, dalej są już tylko sady i lasy. Nocą jest zupełnie ciemno, mam nad sobą niebo pełne gwiazd, o 5:00 rano budzą mnie głośne ptasie koncerty. Pod dachem mojego domu mieszka 120 nietoperzy. To miejsce ładuje mnie niesamowitą energią. I ludzie też! Kiedy chcę coś od sąsiadki, to do niej po prostu idę. Nie ma potrzeby telefonowania. Mieszkańcy wieszają sobie wzajemnie na płotach siatki z owocami, pieką dla siebie chleby i placki. Takie zachowania są normą, nikt się im nie dziwi. W ogóle ciekawe jest to, że do Klubu Kobiet Aktywnych zaangażowałam dużo pań z całej gminy, a z mojej wsi niewiele. One po prostu spotykają się, jak i kiedy chcą. Działają też jako grupa w swoim lokalnym KGW.

Dlaczego zgłosiłaś się do programu “Zakorzenione”?

Bo czułam, że dzięki niemu będę mogła dalej iść właściwą drogą. Poza tym zależało mi na tym, by do naszych działań zaprosić dziewczyny z kolejnego pokolenia. Klub Kobiet Aktywnych miał być pierwotnie międzypokoleniowy, ale dziś dominują w nim panie w wieku 50+. Powodów jest oczywiście wiele, młodsze dziewczyn mają na głowie dzieci, muszą zajmować się ich szkołą, organizować życie domowe. Niewątpliwie dołączenie do programu „Zakorzenione” pozwoliło nam zbliżyć się do tej grupy wiekowej.

Jak dotarłyście do młodszych?

To kwestia odezwania się, komunikacji, dotarcia do odpowiedniej osoby. Mam w grupie liderek dwie dziewczyny, które świetnie czują się w tematach związanych z naturą. Można powiedzieć, że się w nich specjalizują, i one w sposób oczywisty stały się łączniczkami z resztą społeczności. Informacje rozchodziły się pocztą pantoflową, rozbudowywałyśmy sieć kontaktów. To był efekt kuli śnieżnej. Najważniejsze, żeby nie stać się hermetycznie zamkniętą grupą, aby być nieustannie otwartym na nowych ludzi i ich pomysły. Oczywiście często jest tak, że osoby z zewnątrz czują pewien opór przed dołączeniem do już istniejącej grupy. Zastanawiają się, czy będą pasować. Ale grupa jest silna również
tymi, którzy do niej dołączają na późniejszym etapie. Możemy się pochwalić, że broni nas jakość. W działaniach, które proponuję, już dawno odeszliśmy od imprez z motywem przewodnim, jakim jest disco polo i kiełbasa z grilla. Ponad ilość w działaniu społecznym zdecydowanie bardziej wolę jakość, nawet kosztem tego, że nie będzie przypadkowych osób, a przyjdą tylko zainteresowani.

Kobiety na wsi są często orędowniczkami lokalnych tradycji i zwyczajów. Czy i Ty lubisz się do nich odwoływać?

Tak, choć nie nazwałabym tego fundamentem moich działań. Tym fundamentem jest niewątpliwie wspólnota. Gdy pracowałam w domu kultury, rozwijaliśmy zespół folklorystyczny, który zresztą funkcjonuje do dziś. W jego repertuarze są piosenki o regionie, o Wiśle, wodzie, sadach, o tym, co w naszej okolicy najcenniejsze. Ten zespół zaspokajał i zaspokaja potrzebę lokalnego patriotyzmu. Natomiast jeśli chodzi o moją pracę z kobietami, to nieustannie powtarzam dziewczynom, że nie wszystkie muszą się ubierać na ludowo – co kto lubi. Współtworzyłam kilka kół gospodyń i nigdy nie było w nich przesadnej ludowizny, a jeśli już się pojawiała, to często w oderwaniu od tradycji regionu. Nie jestem etnografką, jest we mnie zgoda na pewne drobne zapożyczenia, ale porusza mnie, gdy kobiety z Lubelszczyzny zakładają na przykład podhalańskie spódnice. Współpracuję też ze Stowarzyszeniem Kobiet „Łaziszczanki”, które zarejestrowało tradycyjny produkt kulinarny. Są to gołąbki z kaszą jaglaną. Kuchnia pojawia się jednak w mojej pracy rzadko. W działaniach społecznych stawiam na rozwój osobisty, na edukację. Nie zależy mi na tym, żeby we wsi pojawiła się kolejna pani z pokazem kremów do rąk, które ludzie pod presją grupy kupują, bo przecież nie wypada nie kupić, skoro pani tak ładnie o nich mówiła.

WhatsApp Image 2025 12 17 at 18.56.50 kopia

W 2024 roku przeprowadziłaś diagnozę, dzięki której zidentyfikowałaś obszar przyszłych działań. Co ustaliłaś?

Diagnoza była odpowiedzią na pytanie, w jakim kierunku działać w „Zakorzenionych”. Motywem przewodnim okazała się woda traktowana jako zasób, gdyż jest to temat, który jest rzeczywiście istotny dla mieszkańców mojej gminy. W sezonie prac sadowniczych ludzie często odczuwają brak wody w kranach. Mieszkam w uprzywilejowanej części miejscowości, gdzie problemów z wodą jeszcze nie ma, ale zdarza się, że ludzie, którzy żyją dwa kilometry dalej, muszą jeździć po nią do sąsiadów. Punktem wyjścia do naszych działań w ramach „Zakorzenionych” było stwierdzenie, że problem jest realny i trzeba się nim zająć. Dlatego też zajęłyśmy się edukacją w tym zakresie. Zrealizowałyśmy cykl warsztatów, konferencję, a także działania twórcze, które mają zachęcić ludzi do oszczędzania wody i jej zasobów. Drugim tematem stał się nadmierny konsumpcjonizm. Wszyscy mamy skłonność do kupowania niepotrzebnych przedmiotów, które potem wyrzucamy albo marnujemy. Nie umiemy dawać rzeczom drugiego życia ani ich naprawiać. Coś się zepsuje – wyrzucamy. To samo dotyczy jedzenia i produktów sadowniczych. Przetwórnia, która skupuje jabłko przemysłowe, nie kupuje gruszki, więc jeśli się tej gruszki nie sprzeda na giełdzie albo w lokalnej grupie producenckiej, to ona u rolnika, który nie ma chłodni, poleży tydzień w gospodarstwie, a potem trafi do lasu. O tyle dobrze, że zwierzęta się najedzą. Niektórzy rolnicy w naszej okolicy wciąż nie mają chłodni, są też tacy, którzy nie chcą ich uruchamiać, bo koszt działania takiej chłodni to w skali roku kilkanaście tysięcy złotych. Gdy ceny owoców są niskie, uruchamianie chłodni po prostu im się nie opłaca. Opłaty za prąd pochłoną wszelkie zyski ze sprzedaży.

Czyli nadmierny konsumpcjonizm jako temat działań.

Chcemy uczyć sąsiadki i sąsiadów, by stawiać na jakość, a nie na ilość, by dzielić się tym, co się ma, co nam zostaje. Zachęcamy do wymiany zamiast kupowania. Miałyśmy któregoś dnia gorącą dyskusję w kręgu i co chwilę słyszałam od dziewczyn: „Chciałabym się nauczyć, co zrobić z rzeczami, które zostają w lodówce. Jak wykorzystać to, jak wykorzystać tamto…”. Wszystkie czułyśmy, że to są tematy ważne i istotne, tym bardziej że w naszej grupie są młode kobiety i one – zresztą ja też – nie mają pewnych umiejętności, które kiedyś na wsi były czymś naturalnym, jak choćby kwestia obsługi maszyny do szycia i naprawiania ubrań. Jeśli ktoś nie umie szyć na maszynie, to dziurawy ciuch po prostu wyrzuci. Rozwiązanie narzuca się samo i jest w zasięgu ręki.

To wszystko bardzo ważne postawy indywidualne, zmiany, które każdy może wdrożyć we własnym domu. A co ze zmianami systemowymi? Jesteś członkinią Rady Kobiet przy Ministrze Rolnictwa. Czy na tym forum starasz się mówić o zmianie odgórnej?

Żeby zmiana odgórna, systemowa miała sens, po drodze musi spotkać się z oddolną. Ludzie muszą jej oczekiwać, czuć jej potrzebę. Nie może być tak, że jedna dziewczyna na sto w danej wsi czegoś się domaga. Cała wieś musi tego chcieć. Faktem jest, że dotychczas w naszej społeczności w ogóle nie mówiło się o kwestiach ochrony przyrody czy o oszczędzaniu wody. Mało kto był skłonny do refleksji na temat marnowania jedzenia. Te nawyki zaczęły wyrabiać się dopiero niedawno. Owszem, jestem w Radzie Kobiet przy Ministrze, rozmawiamy tam o podejściu systemowym, często również w kontekście ogromnych gospodarstw, o których nie mam fachowej wiedzy. Moją specjalnością jest perspektywa małej społeczności, tego, co dzieje się w organizacjach na wsi i właśnie tym staram się w ramach ministerialnej Rady Kobiet zajmować. Chciałabym też, aby rodzaj działań, które prowadzimy w „Zakorzenionych”, szedł dalej w Polskę. Żeby się rozszerzał na inne regiony, powiaty, województwa i żeby wsie w całej Polsce mogły doświadczać tego, co my mamy u siebie. Ten proces jest długi, droga wyboista, ale kiedy dotrze się już do odpowiedniej grupy kobiet, można z nimi robić wspaniałe rzeczy. To się nie może odbywać na zasadzie: „Przyjedziemy i was nauczymy”. Raczej: „Zapraszamy was do uczestnictwa, bądźcie w tym z nami”.

Jesteś doświadczoną organizatorką. Jakie masz sposoby na wciąganie w działania tych, którzy nie są do tego przekonani?

Od razu przypomina mi się Mały Książę z Lisem. To piękna opowieść o przyjaźni. Trzeba takie osoby powoli, ostrożnie oswajać z tematem. Mówić „możesz”, a nie „musisz”. „Chcesz, to przyjdź”. Ważną rolę odgrywają osoby, które są już zaangażowane w działania, bo stają się ich ambasadorami. Swoją osobą zaświadczają o słuszności obranej drogi. Opowiadają, co przeżyły, czego się nauczyły, co się działo i tym samym zachęcają do współudziału. Sama tak zaczynałam. Szłam do lokalnej sołtyski na kawę i zamiast rozmawiać o pogodzie, opowiadałam jej o swoich planach. Tłumaczyłam, że będę robić takie i takie rzeczy, i że będę do tego szukała lokalnych sojuszniczek. Moje słowa szły dalej i trafiały do kolejnych osób. Zresztą w ramach spotkań „Zakorzenionych” zawsze wspominam dziewczynom, że mogą kogoś ze sobą przyprowadzić. W tym roku zadzwoniła do mnie pani z innej gminy i mówi: „Pani Karolino, słyszałam, że macie u siebie spotkania o przyrodzie, bardzo chciałabym dołączyć”. Od razu ją zaprosiłam. Dziś ta kobieta przyjeżdża do nas z dwiema innymi koleżankami. Do takich efektów dochodzi się metodą małych kroków.

Czy ta metoda oznacza również to, że dotykacie wyłącznie małych spraw? Czy zajmując się ochroną środowiska, powinno się mieć na sztandarach również duże i głośne hasła?

Trzeba mówić przede wszystkim o zagadnieniach dotyczących wyborów podejmowanych codziennie w każdym gospodarstwie domowym. Nie znoszę marnowania żywności, mówię na ten temat przy każdej okazji, więc prędzej czy później słyszę pytania o porady. Wtedy zapraszam do naszego grona. Ale ważne jest również, żeby za słowami szły czyny. Kiedy kończy się jakieś spotkanie, a nam zostało jedzenie, zawsze proszę o pudełka i pakujemy wszystko na wynos. Takie małe, spójne kroki prowadzą w końcu do dużej zmiany.

WhatsApp Image 2025 12 17 at 18.56.50 kopia

Z którego działania w ramach „Zakorzenionych” jesteś najbardziej dumna?

Z ubiegłorocznej konferencji regionalnej „Zakorzenione – dla środowiska lokalnego”, zorganizowanej w sierpniu 2024 roku. Wydarzenie to było zwieńczeniem wszystkich dotychczasowych działań: spotkań, szkoleń i warsztatów tematycznych. W konferencji udział wzięli zarówno eksperci od tematów wodnych, jak i szerokie grono mieszkanek powiatu opolskiego. Po części teoretycznej uczestniczki wydarzenia brały udział w warsztatach, na których tworzyły krople zachęcające do oszczędzania wody. Jestem też bardzo dumna z tego, że wiele pań przyszło sadzić lawendę, a potem podzieliły się dyżurami, by ją pielęgnować i podlewać. Gdy widzę jak ta lawenda rośnie, rozpiera mnie duma, bo jest dowodem na to, że pojawiła się wśród nas prawdziwa współpraca. Troska o wspólne dobro. Jesteśmy grupą skłonną do pracy na rzecz otoczenia, ciągle nam mało wspólnych działań, ciągle mamy pomysły. Aktualnie jestem też po kolejnej konferencji w ramach programu „Zakorzenione”, która została zorganizowana pod hasłem „O wodzie i przyrodzie”. Tegoroczna konferencja była okazją do tego, by wysłuchać prelekcji tematycznych na temat zasobów wodnych, pójść na spacer badawczy z przyrodnikiem, wymienić się roślinami i ubraniami, a także dawała szansę na uczestnictwo w warsztatach tematycznych. Ponadto w trakcie jej trwania była możliwość obejrzenia wystawy fotograficznej „Energie”. Obie konferencje cieszyły się dużym zainteresowaniem w lokalnej społeczności. W każdej z nich udział wzięło ponad 50 uczestniczek.

Na koniec chcemy Cię poprosić o odrobinę wizjonerstwa: jaka będzie Twoja wieś za 10 lat? Opowiedz o swoich marzeniach.

Mam nadzieję, że leśnicy nie wytną nam wszystkich lasów, które mamy dookoła. I że tak jak w maju pięknie kwitną jabłonie, tak dalej będą kwitnąć, a wśród nich będzie latać mnóstwo ptaków, pszczół i motyli. Ale żeby tak się stało, musi się zmienić mentalność ludzi w kontekście świadomości ekologicznej i dbania o zasoby naturalne miejsca, w którym żyjemy, a wraz z nią ich stosunek do świata przyrody. Chciałabym, aby dzisiejsze dzieciaki, które za 10 lat będą już dorosłymi, miały zupełnie inną świadomość konsekwencji swoich codziennych wyborów i decyzji: czyli żeby natura pozostała taką, jaką jest dziś, ale żeby ludzie pod względem świadomości byli o krok dalej.

Rozmawiały: Natalia Borkowska, Monika Roszak, Marta Smejda, Monika Szewczyk-Wittek

Może Cię zainteresować...

Kiedy tradycja przestaje być tylko wspomnieniem

Czytaj więcej

Warsztaty „Pielęgnacja w stylu eco” w Zgodzie

Czytaj więcej

Kępa Gostecka: spotkanie o naturze, zmianach i wspólnym działaniu

Czytaj więcej

Wielkie zmiany w małych ojczyznach zaczynają się od wspólnej kawy, czyli o tym, jak małe działania budują wspólnotę.

Czytaj więcej

„Pielęgnacja w stylu eco II” w Niedźwiadej Dużej. Powrót do natury w praktyce

Czytaj więcej

Kuchnia zero waste. Wspólne działania w Janiszowie i Wólce Kolczyńskiej

Czytaj więcej

„Zielono. Naturalnie. Praktycznie”. Spotkanie w Kolonii Łaziska

Czytaj więcej

Sąsiedzkie śniadanie i wyprzedaż garażowa w Zgodzie

Czytaj więcej

Trzebiesza i warsztaty „Leśna kąpiel & eco broszki”

Czytaj więcej

Rodzinne sady – krajobraz, tradycja i codzienne wyzwania

Czytaj więcej

W Zgodzie natura stała się inspiracją do twórczych działań

Czytaj więcej

Kiedy kobiety działają razem, dzieją się rzeczy niezwykłe

Czytaj więcej

“Zakorzenione” w Sadybie Rozalin

Czytaj więcej