W jakich okolicznościach zaczęła się Twoja praca na rzecz lokalnej społeczności?
Chyba jeszcze w dzieciństwie. Byłam dzieckiem zafascynowanym światem – ludźmi, przyrodą, każdym nowym doświadczeniem. Cieszyło mnie dosłownie wszystko. Najpierw trafiłam do gromady zuchowej, a później do harcerstwa, w którym pełniłam kolejne funkcje w strukturze organizacyjnej: zastępowa, przyboczna, drużynowa; jako instruktor ZHP zdobyłam stopień harcmistrza. Był to okres kształtowania mojej kreatywności, koordynowania działań pracy w grupie, a przede wszystkim w terenie. Biwaki, obozy, rajdy, gry terenowe były podstawą wszelkich aktywności. Warto podkreślić, że okolicznością sprzyjającą tego typu inicjatywom był fakt, że z zawodu jestem nauczycielką. Praca w szkole dawała przestrzeń do podejmowania wielu działań społecznych. Po pięciu latach pracy nauczyciela zostałam dyrektorką. Dostrzeżono moją energię do działania i zaproponowano mi objęcie tego stanowiska. Wtedy nie byłam pewna, czy sobie poradzę, więc zapytałam dyrektora sąsiedniej szkoły, co o tym sądzi. Powiedział mi tylko: „Spróbuj! Jak nie spróbujesz, to się nie przekonasz”. No to spróbowałam. Funkcję dyrektorki pełniłam 34 lata. Najpierw była to filia szkoły podstawowej w Poroninie, 45 albo 50 uczniów. Mnóstwo się w niej działo. Prowadziłam harcerstwo: obozy, biwaki, gry terenowe, malowaliśmy murale, mieliśmy kino. Ponadto miałam rodzinę – trzy córki, to wszystko było bardzo absorbujące.
Byłaś zaangażowana na sto procent w działania na rzecz lokalnej społeczności?
Nie znałam określenia „nie da się”. Cały czas walczyłam dla dobra szkoły. Zostaliśmy pierwszą w regionie szkołą, w której była skomputeryzowana biblioteka. Najpierw mieliśmy jeden komputer, Commodore na dyskietki, starałam się, żeby jak najlepiej wykorzystać jego potencjał. Marzyło mi się tych komputerów więcej. Znalazłam projekt, w którym można było dostać dofinansowanie do takiego zakupu, ale byłam kompletnie zielona, jeśli chodzi o tego typu procedury. Koleżanka podsunęła mi regulamin, czytałam go i nic nie rozumiałam. Jakby to było napisane w zupełnie innym języku niż polski. Nie odpuściłam. Przygotowałam projekt. Niestety, okazało się, że szkoła nie może złożyć wniosku, ponieważ nie ma osobowości prawnej. Wówczas organ prowadzący – gmina Poronin – nie była zainteresowana tą inicjatywą. Co mi zostało? Założyć stowarzyszenie. Wtedy też postanowiłam coś z tym brakiem wiedzy zrobić. Ukończyłam Studia Podyplomowe Zarządzanie Funduszami Unijnymi.
I tak powstało Stowarzyszenie Rozwoju Podtatrza, Twoja pierwsza organizacja.
Tak. W 2008 roku założyłam stowarzyszenie, żeby móc samodzielnie składać wnioski o dofinansowanie, ale był też drugi powód. Pracowałam w małej wiejskiej szkole, a w tamtych czasach zamykano placówki, w których uczyło się mniej niż stu uczniów. Gdyby pojawiło się takie zagrożenie wobec szkoły, stowarzyszenie mogłoby przejąć prowadzenie placówki. Taka była wola rodziców naszych uczniów i większości nauczycieli. Jako stowarzyszenie z osobowością prawną mogliśmy działać. I tak postaraliśmy się o dofinansowanie na utworzenie przedszkola. Dostaliśmy duże środki na modernizację budynku i wyposażenie. Gmina Poronin została naszym partnerem. Przedszkole działało 14 lat, w tym roku musimy je zamknąć z powodu trudności lokalowych. Tak czy inaczej, dla społeczności lokalnej gminy Poronin i powiatu tatrzańskiego pozyskałam łącznie w dotacjach ponad 4 miliony złotych. Liczba uczestniczących w projektach realizowanych przez SRP przekracza 3,5 tys. osób. To wszystko odbywało się w stowarzyszeniu, które nie miało żadnych etatów. Wszyscy działali wyłącznie wolontariacko. Okazjonalnie pojawiało się wynagrodzenie dla koordynatora lub na prowadzenie księgowości w ramach konkretnego projektu.

Poza pracą kochasz również góry…
Kocham świat. Zwiedziłam trochę miejsc za granicą, ale to góry zajmują w moim życiu szczególne miejsce. Jestem osobą zauroczoną kamieniem – jego fakturą i barwami, które zmieniają się o każdej porze dnia. Mogę stać i patrzeć na nie bez końca. Byłam kiedyś u córki w Los Angeles. Miasto przytłoczyło mnie od pierwszej chwili – wszędzie tylko budynki, szerokie ulice i nieustanny ruch. Beton, szkło i asfalt zdawały się nie mieć końca. Dla kogoś przyzwyczajonego do przestrzeni, zieleni i gór był to prawdziwy koszmar, miejsce pozbawione oddechu. Córka wyczuła, że męczę się w blokowisku, więc zabrała mnie na przejażdżkę nad jakiś strumień. Już nawet nie pamiętam, co to było za miejsce. Pamiętam tylko wzgórze, skały, strumyk. Zupełnie jak u nas, w Tatrach! Łzy mi poleciały ze wzruszenia.
Umiłowanie górskiego krajobrazu to dla Ciebie przejaw lokalnego patriotyzmu?
Znam mentalność zaciekłej góralicy, baby z charyzmą, co to weźmie się pod boki i zrobi, co trzeba zrobić. Sama trochę taka jestem. W społeczności Podhala każdy zna się na wszystkim, każdy „wie lepiej”, a jednak bez odważnych i upartych ludzi nic się nie rusza. W takim środowisku charyzma i siła charakteru bywają zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Nie da się być prorokiem we własnym kraju. Ubolewam nad tym, co dziś dzieje się z Zakopanem. Dawniej serce Podhala, dziś raczej tygiel, w którym miesza się wszystko i wszyscy, a góralskie spojrzenie na świat coraz częściej jest wypierane. Tymczasem Podhale pęka w szwach od podziałów. Jedna grupka patrzy spode łba na drugą, każdy wie najlepiej i każdy tak kurczowo trzyma się swojej racji, że nie ma mowy o słuchaniu innych. I w takich realiach spróbuj, człowieku, wyjść z inicjatywą! To wymaga nie tylko odwagi, ale i ogromnego zaparcia, bo każdy krok stawia się tu niemal pod prąd. Cokolwiek się robi, trzeba być bardzo ostrożnym. Nie da się po prostu powiedzieć góralom: „Macie robić tak, a nie inaczej”. To wymaga dużej dyplomacji, a tej sztuki nigdy do końca nie opanowałam. Widzę jednak, że wśród nas zachodzą zmiany – coraz częściej spotykam ludzi, którym naprawdę leży na sercu dobro tego miejsc.
Czy w takim razie da się na Podhalu łączyć troskę o środowisko z głęboko zakorzenioną tradycją?
Da się, bo tradycja jest bardzo mocno zakorzeniona w miejscu, w którym ludzie żyją. Dla osób z zewnątrz pasterstwo to po prostu trywialny, malowniczy zwyczaj. Tymczasem ono jest korzeniem albo kręgosłupem wszystkiego, co tu powstało. Wokół pasterstwa rozwinęła się gospodarka, potem kultura i struktury takie jak rodzina, wiara, dom. Kalendarz liturgiczny był nierozerwalnie związany z przyrodą, z cyklami pór roku, więc niemal każde działanie aktywizujące na Podhalu będzie siłą rzeczy dotykać tematów mocno zakorzenionych w tradycji. Dlatego zwracam też uwagę, by angażować do moich działań osoby mające korzenie na Podhalu, które są odbierane jako ludzie stąd. Anna Mlekodaj, profesor Akademii Nauk Stosowanych w Nowym Targu, ma ogromną wiedzę na temat regionu, a do tego mówi piękną literacką gwarą. Krzysztof Trebunia-Tutka jest z kolei osobą rozpoznawalną medialnie, uznaną i kojarzoną z podhalańskimi tradycjami.
Ale wśród Twoich pomysłów są też takie, które poruszają zagadnienia związane z nowoczesnością. Choćby kwestia produkowanych w Chinach pamiątek, które turyści kupują na Podhalu.
Dawniej jechało się na Podhale po to, by kupić pamiątkę wykonaną przez lokalnego twórcę ludowego. To były miejsca pracy dla ludzi stąd, którzy zamiast wyjeżdżać, prowadzili małe warsztaty rękodzielnicze i dzięki nim wiązali koniec z końcem. Potem to zniknęło, pojawił się produkt chiński, o wiele tańszy. Jednym z moich pomysłów było propagowanie dziedzictwa Podhala związanego z produktem wełniarskim. Owca to surowiec i powód, dla którego ludzie osiedlili się na Podhalu. Dawniej całe życie toczyło się wokół niej. Owca nas karmiła, ubierała, dawała zarobek. O owcy śpiewano pieśni, o owcy układano opowieści. Cała kultura społeczna wyrastała z wypasów, z własności ziemi i z poszanowania każdego jej metra kwadratowego. To właśnie przy owcy gazdowie uczyli się społecznej polityki i tego, jak funkcjonować wśród innych. Dlatego tak bardzo zależy mi, by wszystkie warsztaty, które organizujemy – a robimy ich od trzech lat naprawdę wiele – opierały się na gospodarowaniu tym, co mamy tu, wokół siebie. Oszczędzanie czy niemarnowanie jedzenia to są wszystko zachowania mocno ugruntowane wśród starszych mieszkańców, więc jeśli do kogoś trzeba o tym mówić, to raczej do młodych.

Jednym z Twoich pomysłów była próba zainicjowania rozmowy na ten temat również z podhalańskimi hotelarzami. Turystyka daje mieszkańcom Podtatrza środki do życia, a nam, osobom z zewnątrz, umożliwia przebywanie w pięknym przyrodniczo miejscu.
Jeżdżę po świecie, obserwuję, jak funkcjonują hotele w różnych zakątkach globu. I bardzo boli mnie, gdy widzę przejawy marnotrawstwa. Zawsze mam skwaszoną minę, gdy ktoś każe mi kserować coś, co ma już swoją kopię cyfrową albo gdy widzę, jak wyrzuca się jedzenie z przyhotelowych restauracji. Jako stowarzyszenie już wcześniej współpracowaliśmy z hotelami, w ramach działań z Tatrzańską Izbą Gospodarczą. Zrealizowaliśmy projekt pn. Utworzenie szlaku kulinarnego „Smaki Podhala”, w którym uczestniczyło 15 restauracji. Każda miała certyfikowane przez nas konkretne danie. Chodziło o promocję baraniny, serów, pstrąga. Twarzą tego projektu byli mistrz kulinarny Robert Sowa oraz Sylwester Lis, restaurator z Kościeliska, znany z programu telewizyjnego „MasterChef”. Z tej współpracy wyniknął kolejny projekt: Ekocertyfikat – lokalna marka kojarzona z filozofią życia w zgodzie z naturą, wartościami przyrodniczymi, kulturowymi i ochroną przyrody – lokalna ekocertyfikacja hoteli i pensjonatów. Ich właściciele wykazali, że hotel jest samowystarczalny w kwestii ogrzewania. Żadnego opalania, same nowoczesne rozwiązania, termomodernizacja, gospodarowanie wodą, efektywność energetyczna. W powiecie tatrzańskim certyfikowanych zostało kilkanaście obiektów. Z tego miał zrodzić się zakrojony na szeroką skalę projekt ogólnopolski, ale tym razem nie wyszło. Wszystko wymaga środków finansowych i czasu. Zabrakło jednego i drugiego, co nie oznacza zaniechania pomysłu.
W ramach programu „Zakorzenione” udało Ci się za to stworzyć aktywną sieć liderek zaangażowanych w spra- wy ochrony przyrody.
Nasze inicjatywy mają charakter aktywizujący – chodzi w nich włączanie o innych ludzi. Tworzymy grupę osób zainteresowanych kilkoma obszarami w tym: środowiskiem, tradycją oraz zdrowiem – psychicznym i fizycznym. Coraz częściej dostrzegamy, że te dziedziny przenikają się i idą ze sobą w parze. Nie da się troszczyć o jedno, zaniedbując drugie – granice coraz bardziej się zacierają. Na przykład jedna z liderek zachęcała do praktykowania kąpieli leśnych. Opowiadała o filozofii kontaktu z naturą, przeżywania zmysłami, pobudzanie emocji, o dobrodziejstwie przebywania wśród drzew, o uważności na każdą gałązkę i listek. Podkreślała, że człowiek wychodzący z lasu jest wyciszony, ukojony i spokojny. Widziałam zachwyt w oczach kobiet, które nagle uświadamiały sobie, jakie bogactwo mają dosłownie na wyciągnięcie ręki. Często nie doceniamy tego, co mamy tuż obok. To, że mogę budzić taką świadomość w członkach rodziny, w sąsiadkach i wśród bliskich, daje mi ogromny impuls do dalszego działania.
Skąd czerpiesz inspirację do pracy?
Z obserwacji. Świat jest taki piękny, tyle by się chciało w nim zrobić! Mam głowę pełną pomysłów. Lubię działać. Planuję aktywności nie tylko dla siebie, ale też dla innych. Organizuję i sama biorę udział w prawie wszystkich warsztatach, bo wszystkiego chciałabym się nauczyć, wszystko umieć. Nie zawsze mi się to udaje, nie do wszystkiego mam talent. Kiedyś miałam problem z niesprawnością rąk. Na warsztatach, które organizowałam, nie byłam w stanie zawiązać strzępków do chusty góralskiej tak, jak należy, ale bardzo chciałam się tego nauczyć. Gdy tylko wyzdrowiałam, próbowałam dalej – i w końcu dałam radę. Bliska jest mi idea, że wszystkiego trzeba spróbować samemu, wszystkiego doświadczyć na własnej skórze. Tę moją ciekawość świata nieustannie chcę przekazywać innym. Był czas, kiedy bardzo przejmowałam się tym, że ktoś wychodził z wydarzenia niezadowolony, bo po prostu mu się nie podobało lub nie było to w obszarze jego zainteresowań, że nie trafiłam w gusta. Tak bardzo chciałam dogodzić wszystkim. Dziś patrzę na to spokojniej. Akceptuję to, że każdy ma do tego prawo.
Z którego z dotychczasowych działań jesteś najbardziej dumna?
Trudne pytanie. Myślę, że jest to budowa nowej szkoły w Suchem – pierwsza wbita łopata pod budowę. Szkoła była inicjatywą mojego życia. Stan budynku placówki mieszczącej się w drewnianym „Domu Orłów”, wybudowanym przez Antoninę Tatar, pierwszą kobietę, która została prezesem Związku Podhalan, wymagał interwencji. W związku z tym zainicjowałam powołanie społecznego komitetu budowy szkoły w Suchem. Pierwsze działania sfinansowaliśmy ze składek komitetu. Poruszenie było ogromne, we wsi działy się cuda. Jednak inicjatywa przerosła finansowo małą wieś, trzeba było szukać pomocy u samorządów, więc zostałam radną za sprawą głosów oddanych przez mieszkańców. Udało mi się doprowadzić do tego, że samorząd przejął finansowanie tej szkoły. W 2002 roku placówkę poświęcił kardynał Franciszek Macharski. Wydarzenie odbyło się w sali gimnastycznej, a nie w kościele, tak jak chcieli ks. proboszcz i ówczesny wójt, w sali, która zamiast podłogi miała klepisko! Kardynał przystał na moje zaproszenie, żeby uroczystość odbyła się w przestrzeni szkolnej. Ale jak się ludzie zawzięli, to w jedną noc zwieźli deski i zbili podłogę. W sali gimnastycznej powstał ołtarz. Pamiętam ten dzień, płakałam ze wzruszenia, ba, cała wieś płakała, bo nikt się nie spodziewał, że dożyje dnia, w którym kardynał Macharski przyjedzie do nas święcić szkołę. Nadano jej imię Antoniny Tatar, wyjątkowej społecznicy, nauczycielki, góralki, skrytki, fundatorki „Domu Orłów”, której pamięć przywróciłam lokalnej społeczności. Poznałam jej działalność i stała mi się ona bardzo bliska. Zmarła w roku moich urodzin. Z tą szkołą związałam się nie tylko zawodowo, ale całą sobą. To jest dzieło mojego życia. Żal było ją opuszczać, ale takie jest życie. Na emeryturze realizuję się w trzecim sektorze. Z bagażem doświadczeń otwarłam nowy rozdział.
Jak udało Ci się włączyć w to działanie aż tyle osób?
Potrzeba jest podstawą wspólnych działań. Wtedy buduje się trwałe relacje dla sprawy. Jeśli chcieliśmy mieć szkołę we wsi, nie było innego wyjścia – trzeba było zakasać rękawy i działać razem. W tamtych czasach ludzie angażowali się w coś zupełnie inaczej niż dzisiaj. Wystarczyło poprosić kogoś o pomoc, a on od razu odpowiadał: „jasne, zrobię to”. Życie płynęło wolniej. Ludzie mieli mniej obowiązków służbowych, więc łatwiej dostrzegali, co jest naprawdę ważne dla społeczności. Szkoła stała się ideą, która jednoczyła wszystkich. Nagle poczuliśmy, że możemy osiągnąć coś wielkiego. Ludzie zobaczyli we mnie lidera, który mógł ich poprowadzić, i poszliśmy razem naprzód. To był czas pełen energii, radości i nadziei – naprawdę wspaniały czas.
Czy zmiana dotycząca myślenia o przyrodzie mogłaby być podobnym celem, który połączy ludzi?
Trudno powiedzieć. Zbudowanie szkoły to cel, który przynosi wymierny, widoczny efekt – obiekt. Ludzie chcą wiedzieć, co konkretnie wyniknie z ich zaangażowania. Chcą mieć coś, czego będą mogli dotknąć. Angażując do działań w na rzecz ochrony przyrody, bazujemy na świadomości i efektach w odległym czasie: chodzi o to, by naszym dzieciom i wnukom żyło się lepiej. Taki cel jest znacznie trudniejszy do uchwycenia i przekonania innych, ponieważ zazwyczaj jest niewymierny, a rezultat nie jest w zasięgu ręki. Najbardziej chciałabym, żeby potrzeba dbania o środowisko zrodziła się naturalnie w każdej społeczności, była czymś naturalnym jak chleb powszedni – żeby nie trzeba było nikogo do tego namawiać, przekonywać.
Jakie jest Twoje zdanie na temat ulicznych protestów, nawoływania do zmian za pomocą krzyku? W dużych miastach często doświadczamy sytuacji, w których na przykład młodzi ludzie w głośny sposób domagają się zaangażowania na rzecz klimatu. Oblewają farbami pomniki albo blokują ulice.
Nie da się ukryć, że część społeczeństwa potrzebuje takiego sposobu wyrażania się. Jednak i w tej części są dwie grupy. Pierwsza to ci, którzy lubią bunt, lubią angażować się w zjawiska anarchistyczne. Angażują się w awanturę głównie dlatego, że jest awantura. Ale są też osoby, które w pełni wierzą w to, co mówią. Są przekonane, że jeśli wyjdą na ulicę, nie będą nic niszczyć, za to wykrzyczą swoje płynące z serca racje, to przekonają innych. Popieram takie działanie. Niech się wykrzyczą, niech powiedzą, co im leży na sercu, ale sama na ulicę nie wyjdę. Zamiast krzyczeć, wolę działać.

Wspominałaś, że nie jesteś dyplomatką, że czasem trudno Ci się ugryźć w język. Czasem głosisz niepopularne poglądy. Poruszasz tematy, które nie są dla innych wygodne. Domagasz się zmian, a jednak funkcjonujesz na Podhalu. Jak Ci się to udaje?
Różnice w poglądach i stanowiskach to rzecz normalna, znoszę to z pokorą. Jeszcze się nie zdarzyło, żebym się z kimś skonfliktowała. Jeżeli nam nie po drodze…, to jest dróg wiele, można iść swoją. Ale łatwo nie jest. Każda inicjatywa społeczna wymaga przekonywania innych do wzięcia w niej udziału i tu jest moja słaba strona – brak dyplomacji. Kiedyś koleżanka powiedziała mi: „Wiesz co, Krysia, ty to jesteś Franca, będziesz mi życie organizowała, jakbym sama nie potrafiła”. Wiem, że czasem mówię coś, co zabrzmi nie tak, jakbym tego chciała, czasem tak protekcjonalnie, że może budzić opór, szczególnie w środowisku, które „wie lepiej”. Nie przywiązywałam do tego szczególnej wagi. Przekonywanie kogoś, do czegoś, co w sposób oczywisty jest dla jego dobra, wydawało mi się zbędne. Błąd! Należę do osób, które więcej robią, niż mówią. Obca była mi postawa „pustosłowia”. Po prostu robiłam jeden projekt za drugim. Dopiero teraz, na emeryturze, mam więcej czasu na media, na Facebooka, na promocję inicjatyw, ale w kontekście informacyjnym a nie „gwiazdorzenia”. Teraz wiem, że umiejętne docieranie z informacją to jedno z ważnych działań marketingowych przed planowaniem wydarzenia. Podjęcie się organizowania inicjatyw społecznych to spore wyzwanie, ale też pole do osiągnięcia ogromnej satysfakcji. Świadomość udanej inicjatywy społecznej jest bardzo budująca, daje poczucie wewnętrznego spełnienia i własnej wartości. To mnie napędza.
A co oznacza dla Ciebie przynależność do programu „Zakorzenione”?
Czuję przynależność do grupy, która myśli podobnie do mnie. I czuję, że zostałam dostrzeżona. Do tej pory skupiałam się na działaniach tu, na Podhalu. Nagle dostałam szansę spotkania kobiet z całej Polski, z zupełnie różnych miejsc, różnych środowisk, których pochodzenie i specyfika zawodowa są zupełnie inne, a jednak dążą one do tego samego celu co ja. Kontakty z innymi dziewczynami w ramach „Zakorzenionych” są dla mnie bardzo inspirujące.
Jak widzisz swoją „małą ojczyznę” za 10 lat?
Jestem pełna nadziei, że będzie zadbana. Każdy będzie umiał zadbać o własny ogródek, a wszystkie te zadbane ogródki złożą się nam na całą planetę.
Rozmawiały: Natalia Borkowska, Monika Roszak, Marta Smejda, Monika Szewczyk-Wittek
