Agata Chmura

AmbasadorkaEdukatorka ekologiczna

Mieszkanka Bieszczad, edukatorka ekologiczna w Centrum Promocji Obszarów Natura 2000 przy Ośrodku Caritas w Myczkowcach. Specjalizuje się w edukacji przyrodniczej dzieci, młodzieży i dorosłych oraz prowadzi warsztaty zielarskie. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu ziół, suplementów diety i kosmetyków naturalnych. Autorka i realizatorka wielu projektów ekologicznych, uczestniczka projektu Karpackie Liderki. Jako Ambasadorka programu Zakorzenione aktywizuje społeczności lokalne do działań na rzecz ochrony środowiska i bioróżnorodności.

Agata chmura

Kiedy trzeba, dajemy sobie motywującego kopa, innym razem podsuwamy chusteczkę i nadstawiamy ramię, na którym ktoś się może wypłakać.

Jak trafiłaś w Bieszczady? Dlaczego rzuciłaś życie gdzie indziej, żeby tu zamieszkać?

Ja te Bieszczady wyssałam z mlekiem matki. Jako małe dziecko przyjeżdżałam tu z rodzicami pod namiot. Kończyli pracę w sobotę o 13:00, pakowali nas na pakę Stara i jechaliśmy nad zalew koło Soliny. Potem, już na studiach, wędrowałam po tych stronach z koleżankami. Wreszcie na piątym roku, w trakcie ferii pojechałam do kuratorium i poprosiłam o listę szkół w Bieszczadach, które mają wolne etaty dla polonistek. Pomysł wziął się stąd, że w tamtym czasie w miastach klasy liczyły po 40 uczniów. Trudno w takiej grupie o sensowną pracę. Nie było jeszcze szkół prywatnych, a ja chciałam nawiązywać bliższą więź z podopiecznymi. To się da zrobić tylko w mniejszej klasie. No więc wyposażona w taką listę, już w maju spakowałam plecak i ruszyłam w Bieszczady. Tak trafiłam do szkoły w Bóbrce i zamieszkałam w Solinie.

Zostałaś na dobre?

Wcale nie, bo wyszłam za mąż, a mój mąż mieszkał w Szczecinie. Byliśmy małżeństwem na odległość. To się da zrobić, natomiast nie da się w ten sposób wychować dzieci, więc gdy mąż dostał pracę w Rzeszowie, to po urodzeniu dziecka szybko do niego dołączyłam. W Rzeszowie mieszkaliśmy 20 lat, ale niemal w każdy wolny weekend jechaliśmy w ukochane Bieszczady. Wiedzieliśmy, że chcemy się tam kiedyś przenieść na stałe. I gdy syn poszedł na studia, powiedzieliśmy sobie: „Jak nie teraz, to kiedy?”. Wzięliśmy kredyt we frankach, kupiliśmy w Zwierzyniu dom do wykończenia i się przeprowadziliśmy.

Ale nie wróciłaś do pracy w szkole?

Nie. W Rzeszowie nie mogłam znaleźć etatu w szkole, więc moja późniejsza droga zawodowa była kręta. Natomiast po powrocie w Bieszczady zatrudniłam się w ośrodku Caritas jako edukator ekologiczny. To było jednoosobowe stanowisko w Centrum Promocji Obszarów Natura 2000. Mieliśmy ośrodek edukacyjny, który był finansowany z zewnętrznego projektu. Gdy pieniądze się skończyły, ksiądz dyrektor stwierdził, że nie zwijamy interesu, a infrastrukturę, którą udało nam się postawić, wciąż będziemy wykorzystywać do edukacji przyrodniczej. Jestem tu już 10 lat i robię rzeczy, którymi interesowałam się od małego, bo, szczerze mówiąc, w liceum chodziłam do klasy biologiczno-chemicznej, miałam iść na biologię, ale trzy miesiące przed maturą zmieniłam kierunek studiów na filologię polską. Biolog śmiertelnie się na mnie obraził. Po maturze na mój widok przechodził na drugą stronę ulicy. Mam nadzieję, że teraz patrzy na mnie z nieba i jest choć trochę dumny. Może wybaczył mi tamtą młodzieńczą zdradę biologii.

Jak wygląda Twoja praca w centrum promocji?

Już na samym początku zostałam rzucona na głęboką wodę. Ale mam łatwość w nawiązywaniu kontaktów, więc zwróciłam się do tych, którzy mogli mi pomóc: przede wszystkim to był Bieszczadzki Park Narodowy, parki krajobrazowe w Krośnie i Przemyślu, nadleśnictwa. Wszystkie one bardzo dużo mi dały. Jak tylko organizowały jakieś szkolenia, byłam na nie wciskana „tylnymi drzwiami”, bylebym tylko miała szansę na uzupełnienie wiedzy przyrodniczej. Moja praca w ośrodku dotyczy przede wszystkim dzieci kolonijnych. Jesteśmy atrakcją turystyczną, do której zaglądają różne grupy, ale kilka lat temu postanowiłam, że wyjdę z działaniami poza ośrodek. Zaczęłam zapraszać okoliczne szkoły. Nie szło mi najlepiej, frekwencja była mizerna, więc żeby temu zaradzić, dołączyłam do programu Karpackie Liderki, a potem do „Zakorzenionych”.

Twoje losy splatają się z opowieścią naszej innej ambasadorki, która zapowiedziała nam, że się zgłosisz. Prosiła, żeby w natłoku aplikacji koniecznie zwrócić uwagę na Twoją. Jak to się stało, że dziewczyna z Podhala poręczyła za koleżankę z Bieszczad?

Moim życiem rządzi w dużej mierze przypadek. A może ktoś z góry nim kieruje? Od znajomych dowiedziałam się o rekrutacji do programu Karpackie Liderki, ale w terminie pierwszego zjazdu organizowałam konferencję, więc uznałam, że nie ma sensu się rejestrować, skoro i tak nie będę mogła pojechać. Zamiast tego namówiłam koleżankę. Potem okazało się, że szefowa fundacji, która organizowała tę inicjatywę, zna mnie z mojej działalności w ośrodku, więc gdy tylko okazywało się, że ktoś nie może przyjechać i w związku z tym jest wolne miejsce, odzywała się do mnie i namawiała, żebym się pojawiła. I tak po jakimś czasie na dobre dołączyłam do Karpackich Liderek. Poznałam tam kilka wspaniałych dziewczyn, m.in. Monikę, aktorkę z Warszawy, która rzuciła wszystko, żeby przenieść się w Beskid Niski i stworzyć tam teatr, oraz Krysię z Podhala, która też jest ambasadorką programu „Zakorzenione”. Chociaż projekt się skończył, to dalej tworzymy silną grupę i się wzajemnie wspieramy.

Ich historie są podobne do Twojej?

Nie zawsze. Jest na przykład młoda dziewczyna, bodaj najmłodsza z nas wszystkich, która bardzo chciała się w coś zaangażować, więc włączyła się w prace szkolnej rady rodziców, a myśmy jej dały takiego kopa, że teraz jest sołtyską w swojej wsi. Często do nas dzwoni i się radzi: „Dziewczyny, wy będziecie wiedziały, jak to załatwić”. Staramy się jej pomagać.

481780842 1131053968821342 1907013028655245664 n

Jak się pracuje na Podkarpaciu osobie, która pochodzi spoza lokalnej społeczności i zapuszcza w tym miejscu korzenie?

Nie ukrywam, że gdy usłyszałam o programie „Zakorzenione”, to od razu zamarzyło mi się, by porwać za sobą do aktywności tych, których mam najbliżej: sąsiadów i współpracowników. Bieszczady są nietypowym regionem, bo brakuje tu ciągłości tradycji. Po II wojnie światowej zostały wyludnione, niewielu mieszkańców może powiedzieć, że żyje tu z dziada pradziada. To tylko garstka, która wróciła z wywózek. Poza nimi mieszkańcy Bieszczadów to zbieranina różnych społeczności bez wspólnych korzeni. Te korzenie dopiero są zapuszczane. Moim zdaniem bieszczadzka przyroda jest bardzo ważnym elementem tutejszego dziedzictwa i dlatego trzeba o niej mówić. Ale gdy działałam wyłącznie w ramach mojego ośrodka, nie mogłam się pochwalić imponującą frekwencją. Gdyby nie turyści, którzy widzieli plakat na płocie i zaglądali do środka, miałabym problemy z rozliczaniem projektów. Ale dzięki „Zakorzenionym” dostałam szansę wyjścia poza sam ośrodek. Jako ambasadorka programu organizuję wydarzenia w różnych lokalizacjach. I to jest strzał w dziesiątkę, bo zwykle przychodzi więcej osób, niż mamy miejsc.

Jak myślisz, z czego to wynika? Dlaczego wydarzenia w ramach “Zakorzenionych” są popularniejsze niż te, które organizujesz w ośrodku?

Może chodzić o to, że w Caritasie jestem postrzegana przez pryzmat zawodowy. Ludzie są przekonani, że robię to, bo muszę, bo za to mam płacone. Natomiast jeśli widzą, że organizuję coś na przykład w Olszanicy, to ich zdaniem oznacza, że robię to z własnej woli i pasji. Jestem dumna, gdy po zakończonym wydarzeniu ktoś do mnie podchodzi i prosi, żeby koniecznie dać mu znać o następnym spotkaniu, żeby na pewno o tej osobie nie zapomnieć. W „Zakorzenionych” działam już drugi rok, mam za sobą pięć spotkań, ale stworzyłam też grupę dziewczyn, które są gotowe na własną rękę realizować mikroprojekty, czyli niewielkie, samodzielnie wymyślone i zorganizowane działania w ich własnych społecznościach, takie jak spacery badawcze czy warsztaty zielarskie, wszystkie skoncentrowane wokół ochrony przyrody. Te projekty otrzymają finansowanie z programu „Zakorzenione”. Ale dziewczyny nauczyły się też pisać wnioski i aplikować o finanse z różnych źródeł. Poza tym moje liderki wzajemnie się wspierają i sobie pomagają.

Zaczęłyście w 2024 roku od przeprowadzenia swoistej diagnozy okolicy, od zbadania potrzeb i oczekiwań mieszkańców.

Pierwszym pomysłem na temat działań była bioróżnorodność. W Bieszczadach panuje powszechne przekonanie, że tu był, jest i będzie las, więc generalnie w tej kwestii nie ma się czym przejmować. Ale po drodze pojawił się temat adaptacji do zmian klimatu. Od razu pojawiły się pytania: „Ale co macie na myśli?”. Walkę z suszą. „Nas to nie dotyczy, u nas suszy nie ma”. No to zapobieganie podtopieniom w wyniku nawałnic. „Nas to nie dotyczy, u nas nie ma nawałnic”. „Nas to nie dotyczy, nas to nie dotyczy…” było powracającą śpiewką. A potem przez cały maj 2025 lało, a po nim przyszła susza. Mieszkam w Bieszczadach od 10 lat, rozmawiałam z ludźmi, którzy żyją tu od 20 albo 30 lat, i wszyscy mówili, że czegoś takiego nie pamiętają. Moim zdaniem najważniejsze w programie „Zakorzenione” jest to, że trafia on również do osób, które mogą nie chcieć myśleć globalnie, albo nawet lokalnie, bo funkcjonują w skali mikro. Myślą przede wszystkim o sobie, swojej rodzinie, domu i ogrodzie. Nie chcą zmieniać świata, ale pragną wpływać na swoje najbliższe otoczenie

W jaki sposób odpowiadacie na lokalne problemy?

Staramy się edukować. Zapraszamy wykładowców, znawców, ale z „charyzmą”, którzy potrafią porwać słuchaczy. Część działań edukacyjnych ma charakter praktyczny, np. uczymy zakładać ogrody deszczowe, więc wspólnie tworzymy ogród wzorcowy. Wciągamy w inicjatywy całe rodziny. Mamy zaplanowane działania podnoszące bioróżnorodność w otoczeniu – warsztaty rodzinne, w czasie których pokażemy, jak zaprosić ptaki, jeże, owady itp. do ogrodu, jakie rośliny wybrać i po co je sadzić. Jakie działania prowadzić, by rozwiązać lokalne problemy, a zarazem w atrakcyjnej formie, by przyciągnąć uczestników – warsztaty recyklingowe, na których będziemy szyć m.in. „jamniki” zapobiegające utracie ciepła przez drzwi balkonowe. Staramy się organizować spotkania w różnych miejscowościach, aby dotrzeć do jak największej liczby mieszkańców gminy czy regionu.

Opowiedz o swojej sieci liderek. Jak udało Ci się ją stworzyć?

Zaczęłam od rozmowy ze znajomymi i osobami, które odwiedzały mnie w ośrodku. Pytałam o to, co im się nie podoba w naszej miejscowości, czym by się zajęły. Razem szukałyśmy tematów, których realizacja byłaby w naszym zasięgu. Nie wszystkie moje liderki są stąd. Mam na przykład dziewczynę, która mówiła, że długo była w swojej okolicy samotnym głosem wołającym na puszczy. Ciągle podejmowała tematy związane z ekologią i ochroną bioróżnorodności, ale nikt jej nie słuchał, a ona nie potrafiła przebić się przez ścianę obojętności. Trafiła do mnie, teraz jest jedną z najbardziej aktywnych liderek. Dzięki „Zakorzenionym” nawiązała kontakty i samodzielnie organizuje warsztaty w Ustrzykach Dolnych, 60 kilometrów ode mnie.

To Twoim zdaniem efekt wzajemnego wspierania się?

Siłą kobiet jest umiejętność pomagania sobie nawzajem. Kiedy trzeba, dajemy sobie motywującego kopa, innym razem podsuwamy chusteczkę i nadstawiamy ramię, na którym ktoś może się wypłakać. Tak to u nas wygląda, tak to działa.

Z czego w swojej działalności jesteś najbardziej dumna?

Właśnie z tego, o czym mówimy – mam silne wsparcie w grupie kobiet, które myślą podobnie do mnie, są samodzielne i aktywne. Nie jestem dla nich matką kwoką, mogę je wspierać, pomagać, szczególnie jeśli którejś brakuje obycia z językiem projektów, ale nie jest tak, że trzeba coś robić za nie. Jestem dumna, że to, co zaczęłyśmy robić rok temu. Dziś przynosi to efekty.

A co Ty masz z tego i gdzie szukasz motywacji do działania? Niektórzy znajdują ją w tradycji, inni w religii.

Religia na pewno pojawia się w tle mojego działania. Swego czasu dużo pracowałam z encykliką papieża Franciszka i przesłaniem św. Franciszka, bo wiązało się to z projektem Caritas Laudato si’. Sama zrozumiałam wtedy, że jako chrześcijanka mam obowiązek upominać się o ochronę przyrody, walczyć o nią. Rozumiem pojęcie grzechu ekologicznego. Gdy zaczynam warsztaty, często wspominam o swoim własnym grzechu – mam na myśli czas, gdy wszyscy zachłysnęliśmy się jednorazowymi foliówkami, reklamówkami. Moja mama po powrocie ze sklepu składała je i chciała używać wiele razy, a ja bezmyślnie mówiłam: „Wywal to, na następnych zakupach dostaniesz nową”. Dopiero w projekcie Caritas Laudato si’ tak naprawdę zrozumiałam, czym jest asceza św. Franciszka i na ile moje działania wynikają ze świadomości ekologicznej, a na ile z wygody i przyzwyczajeń. Nie jestem zwolenniczką manifestowania tego, co się robi. Zamiast godzinę gadać, wolę posadzić drzewo. Jak coś organizuję, to staram się kłaść nacisk na stronę praktyczną.

482123549 1132011725392233 7365453447750122455 n

Na jakich zmianach w otoczeniu Ci zależy?

Zwiększanie bioróżnorodności, brak chemii, zdrowe nawyki w ogrodzie – to wszystko moje tematy. Ogrody deszczowe, czyli takie, w których bujna roślinność zatrzymuje wodę w krajobrazie, to odpowiedź na potrzeby naszych czasów, na powracającą suszę. Prezentują się wspaniale. Marzy mi się, by wszyscy mieli piękne ogrody.

A jeśli chodzi o zmiany systemowe? Takie, których jako mieszkańcy możecie oczekiwać od władz lokalnych, aby móc skutecznie adaptować się do zmian klimatu i zmniejszać presję na środowisko?

Mój syn, który usłyszał to pytanie, rzucił tylko za moimi plecami: „Do ludzi przemawia wsparcie finansowe”. Ale ja nie jestem tego taka pewna. Gdy kilka lat temu ruszył program Czyste Powietrze, związany z wymianą pieców i instalacją fotowoltaiki, aby pojawiło się dofinansowanie, musiał zgłosić się konkretny procent wszystkich mieszkańców. Pieniędzy było dużo, kwoty wysokie, a chętnych u nas zabrakło. Dlatego moim zdaniem nic nie zastąpi edukacji, choć ludzie bywają na edukację bardzo oporni. Edukacja jest skuteczna wtedy, gdy się ją przemyca mimochodem. Wtedy można pokonać barierę nieufności, która pojawia się zawsze, gdy chce się człowieka przekonać do jakiejś zmiany. Zawsze mówię prowadzącym: żadnego komputera, żadnych prezentacji. One się ludziom za bardzo kojarzą z wykładami. To ma być luźna rozmowa. Zresztą warsztatów nie trzeba nazywać ekologicznymi. Mogę w trakcie zajęć przy okazji rzucić, że to, co tu robimy, to jest przecież ekologia, troska o otoczenie. „Laudato si’” to bardzo dobre hasło, bo oznacza właśnie troskę o wspólny dom. Tym domem może być ciało, może być nim ogród, dom, „mała ojczyzna”, a jednocześnie cały świat. Rozmawiałam ostatnio z paniami z koła gospodyń, z którym próbujemy robić coś razem. Panie żaliły mi się, że one nie mają już siły, bo są stare, a młodym ze wsi to się nic nie chce. A ja na to: „Może nic im się nie chce, bo nie pasuje im to, co wy robicie? Może chcą czegoś zupełnie innego?”.

A co z mężczyznami? Im się chce?

Opowiem anegdotę: na pierwsze organizowane przeze mnie spotkanie przyszło dwóch panów. Pojawili się 15 minut po rozpoczęciu, pod pretekstem, że „oni po żony”. I słuchali, o czym rozmawiamy. Z kolei koleżanka zaproszona na spotkanie w ramach „Zakorzenionych” mówiła mi, że jej mąż czuje się dyskryminowany, bo sprawy, którymi się zajmujemy, jego też interesują, a jest z założenia wykluczony. No to go zaprosiłam. I kiedy ta koleżanka przyjechała sama, zapytałam: „gdzie mąż?”, a ona na to, że ktoś musiał przecież zostać w domu z dziećmi. Krótko mówiąc: wydaje mi się, że nie miałabym problemu z zaangażowaniem mężczyzn w działania proekologiczne. Oni są obyci z różnymi inicjatywami. Takie uroki życia na wsi, choćby wśród leśników.

WhatsApp Image 2025 12 17 at 16.12.05

Na koniec chcemy Cię zapytać o Twoją wizję najbliższej okolicy za 10 lat. Jak będzie wyglądała Twoja miejscowość? Jaką byś chciała?

Marzy mi się, żeby mieszkańcy wyszli z domów i chcieli coś wspólnie robić. Mam na myśli sąsiedzką samopomoc, ale nie w sensie wyręczania się w zakupach, tylko raczej wspólnej pracy na rzecz miejscowości. To nie musi być społeczny ogród, bo na wsi każdy ma przecież swój, ale wymiany doświadczeń czy zakasywania rękawów we wspólnej sprawie nigdy za wiele, a tego dziś brakuje. Musimy też wciągnąć do rozmowy młodsze pokolenie, zapytać, czego młodzi by chcieli. Bo na razie tylko powtarzamy, że oni się niczym nie interesują. Sąsiadka, niby aspołeczna dziewczyna, biega półmaratony. To może właśnie tego jej brakuje? Wydarzeń promujących zdrowy tryb życia? Może potrzebuje siłowni? Trzeba z młodymi usiąść i porozmawiać, a nie tylko gderać, że są aspołeczni.

Rozmawiały: Natalia Borkowska, Monika Roszak, Marta Smejda, Monika Szewczyk-Wittek

Może Cię zainteresować...

Od rozmowy do działania. Myczkowce dla zapylaczy

Czytaj więcej

Powrót do prostych rozwiązań. Warsztaty w Myczkowcach

Czytaj więcej

Spotkanie liderek w Bieszczadach i rozmowa o tym, co dalej

Czytaj więcej

Ropczyce rozmawiały o codziennych wyborach i ekologii

Czytaj więcej

Ropczyce i ogród społecznościowy odporny na zmieniające się warunki pogodowe

Czytaj więcej

Stefkowa i „Zielona apteczka”. Rozmowy o ziołach, ogrodach i bioróżnorodności

Czytaj więcej

W Ropczycach o modzie, która kosztuje więcej, niż nam się wydaje

Czytaj więcej

Od poidełek do kwitnących rabat. Kolejny krok w Myczkowcach

Czytaj więcej

Każde miejsce ma swoją historię. Każda liderka znajduje własną drogę do działania

Czytaj więcej

Drugie życie papieru. Kreatywne warsztaty w Lesku

Czytaj więcej

Klimatyczne skrzaty i drugie życie materiałów

Czytaj więcej

Wspólnoty mają moc! “Kobiety dla przyrody” już dostępne!

Czytaj więcej

“Oswoić klimat”: rodzinne warsztaty w Ustrzykach Dolnych

Czytaj więcej

„Gotowe na zmiany” – lokalne spotkanie w Stefkowej

Czytaj więcej

800-lecie “Pieśni Słonecznej” z udziałem Agaty Chmury

Czytaj więcej